Skocz do zawartości



Zdjęcie
* * * * * 2 głosy

Wyleczyłem się sam bez leków ;)


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
63 odpowiedzi w tym temacie

#21 titanic

titanic

    Zadomowiony

  • Bywalec
  • 4760 postów
  • Płeć:Nie ustawione

Napisano 21 wrzesień 2012 - 21:05


Do DeejweeD co ty gościu wogóle za głupoty wypisujesz na forum że wyleczyłeś chorobe bez leków. Po pierwsze to Chad jest nieuleczalny, sa dobre i zle stany to jest ta choroba wlasnie, okres dobry i zły na przemian w cyklach, wiesz wogóle o czym ty pisze, i czy wogóle miałes stwierdzony CHAD przez psychiatre??


Istnieje coś takiego jak "dynamika choroby" i raczej nie da się jej przewidzieć.
Z Chadu da się wyjść, trzeba trochę mieć szczęścia, wiedzy, samozaparcia. Może i leków na początek.
Jeśli myślisz, że same leki pomogą i uwierzysz , że masz nieuleczalną chorobę to już pozamiatane.
CHAD- ...i wszystko jasne...

#22 pier-nick

pier-nick

    Nowy uczestnik

  • Bywalec
  • 1 postów

Napisano 18 październik 2012 - 20:55

Nie pomagał mi w tym żaden psychiatra żaden lek tylko i wyłącznie chęci ja wiem jak to jest w depresji ze nie ma się chęci na nic ale myśląc głebiej wcale tak nie jest poniewaz czym większy ból odczuwałem tym bardziej chciałem wyzdrowieć.
Chciałbym powiedzieć wszystkim aby nie łudzili się tym że psychiatra da im do ręki złote pigułki które rozwiążą problemy sam musisz je rozwiązać i pamiętaj że większość problemów jest w tobie nie na zewnątrz.


Depresja to nie coś identycznego dla wszystkich. Są różnej wielkości depresje - tak jak możesz mieć złamaną nogę bo się przewrócisz albo z powodu katastrofy lotniczej. To nie będzie to samo "złamanie nogi" i leczenie będzie diametralnie różne. W pierwszym przypadku może wystarczy tylko gips i szybko wszystko wróci do normy a w drugim przypadku powrót do funkcjonalności moze zabrać wiele lat.

Nie mówcie więc tylko o swoim przypadku jakby to było coś obiektywnego, co będzie takie samo dla innych. Bo nie jest.

Jeśli dla kogoś depresja przejawia się brakiem chęci to jak może mieć chęci aby mieć chęci? Chęci ma się wtedy, gdy choroba samoistnie (tj. na skótejk niezależnych od nas czynników) się osłabi i wtedy ma się więcej sił aby zacząć walczyć. Fajnie, że fajnie się już czujesz ale pomyśl, że takie postawienie sprawy może załamać osobę, która tych chęci nie posiada.

Ogólnie Twoje rady to jest rozwinięcie: "weź się w garść" i wiadomo, że takie cos nie pomaga.



Hmmm...nie wierzę w taką wymówkę. Znam ludzi, którzy dojeżdżali po niemal 100km na terapię, pracowali, mieli rodziny i jeszcze się uczyli. Tak organizowali czas by go mieć i dali radę :) Zrobili matury, zdali na studia...rodziny się nie rozpadły :)
Wszystko kwestią organizacji czasu. Sama pracowałam podczas większej części terapii i dałam radę :) Inni, których poznałam też i można było :)


Jeśli ktoś potrafi zrobić powyższe to ma raczej tylko lekką depresję. Nie wiem jak można np. zdać maturę jak 24h na dobę leżysz w łóżku z "psychicznym paraliżem"? Niemożnośc uczenia się a nawet elementarnego skupienia na trywialnych czynnościach jest ogromnym problemem, który najtrudniej przeskoczyć.

Tego typu opis to jak mówić, że "mnie kiedyś bolała noga a mimo to przebiegłam maraton" do kogoś, kto ma złamaną nogę i nie może chodzić.



Chory na depresję jest chory i przez to nie rozumuje normalnie. Jesli piszę się takie rzeczy (np. wystarczy chcieć do kogoś kto chcieć nie może) to tak jakby to było po chińsku napisane więc jeśli ktoś ma już to szczęście i jest wyleczony to niech przetłumacyz to na język zrozumiały dla ludzi z depresją...

#23 Gość_Rozana_*

Gość_Rozana_*
  • Gość

Napisano 18 październik 2012 - 21:35

Depresja to nie coś identycznego dla wszystkich. Są różnej wielkości depresje - tak jak możesz mieć złamaną nogę bo się przewrócisz albo z powodu katastrofy lotniczej. To nie będzie to samo "złamanie nogi" i leczenie będzie diametralnie różne. W pierwszym przypadku może wystarczy tylko gips i szybko wszystko wróci do normy a w drugim przypadku powrót do funkcjonalności moze zabrać wiele lat.

Nie mówcie więc tylko o swoim przypadku jakby to było coś obiektywnego, co będzie takie samo dla innych. Bo nie jest.

Jeśli dla kogoś depresja przejawia się brakiem chęci to jak może mieć chęci aby mieć chęci? Chęci ma się wtedy, gdy choroba samoistnie (tj. na skótejk niezależnych od nas czynników) się osłabi i wtedy ma się więcej sił aby zacząć walczyć. Fajnie, że fajnie się już czujesz ale pomyśl, że takie postawienie sprawy może załamać osobę, która tych chęci nie posiada.

Ogólnie Twoje rady to jest rozwinięcie: "weź się w garść" i wiadomo, że takie cos nie pomaga.





Jeśli ktoś potrafi zrobić powyższe to ma raczej tylko lekką depresję. Nie wiem jak można np. zdać maturę jak 24h na dobę leżysz w łóżku z "psychicznym paraliżem"? Niemożnośc uczenia się a nawet elementarnego skupienia na trywialnych czynnościach jest ogromnym problemem, który najtrudniej przeskoczyć.

Tego typu opis to jak mówić, że "mnie kiedyś bolała noga a mimo to przebiegłam maraton" do kogoś, kto ma złamaną nogę i nie może chodzić.



Chory na depresję jest chory i przez to nie rozumuje normalnie. Jesli piszę się takie rzeczy (np. wystarczy chcieć do kogoś kto chcieć nie może) to tak jakby to było po chińsku napisane więc jeśli ktoś ma już to szczęście i jest wyleczony to niech przetłumacyz to na język zrozumiały dla ludzi z depresją...



Kolego drogi...
dzisiaj sie zarejestrowales i odrazu poleciales z grubej rury...
to co napisal DeejweeD to jego mysli i to co czul...i tak napisal...
mial do tego prawo!
proponuje tez zerknac na date pisania postow...
wiec tutaj nie mow,ze kogos cos moze zalamac,bo ojjjjjjjjjjj...no nie... o nie chlopie :D

#24 DeejweeD

DeejweeD

    Średniozaawansowany

  • Bywalec
  • 249 postów
  • Płeć:Mężczyzna

Napisano 23 listopad 2012 - 15:06

Witam !

Spodziewałem się również negatywnego odzewu do tego co napisałem.Ja nie wyleczyłem się w 100% bo to jest niemożliwe.
To odcisneło zbyt dużo na mojej psychice, to mnie zmieniło chodź również bardzo dużo nauczyło.
W zasadzie naprowadziło mnie to na pewną droge, na drogę którą sobię bardzo cenie.
Dziś potrafię cieszyć się ze wszystkiego z tego że żyje, że oddycham, że jestem częścią tej sztuki.
Zrozumiałem to że Ja jestem bogiem własnego życia bo to ja decyduję o kształtach swojego świata, to mój świat.
Każdy z nas go ma, każdy z nas jest kontruktorem a nasze myśli i spostrzeżenia to narzędzia które nam do tego służą.
Nie jest to łatwo zrozumieć a tym bardziej czerpać z tego korzyści świadomie zmieniać naszą podświadomość to wymaga czasu.
Depresja a tym bardziej ChAD to parszywa choroba lecz małe kroki które podjąłem w drodze ku zdrowiu przerodziły się,
w wielkie czyny. Małe kroki przesądziły o tym że dziś jestem zdrowy powoli delikatnie i systematycznie zmieniałem siebie.
Zrozumiałem to że tylko ja sam mogę z nią wygrać to że jeśli stać mnie na samobójstwo stać mnie również na szczęście.
Jeśli wtedy ktoś mówiłby mi że to nieuleczalne że sie nie da się tego zrobić dziś pewnie by mnie tu nie było.
Więc takie gadanie to głupota której napewno żadnemu choremu nie powninno się powtarzać,
to zapisuje się w naszej podświadomości która z koleji bezkrytycznie to realizuje świadomość tego nie widzi lecz podświadomość widzi wszystko.
Życie to sztuka wyborów jeśli ktoś pragnie zdrowia i w dodatku jest konsekwentny w tym co robi ma ogromne szanse by być zdrowym.
Te najgorsze chwile trzeba przeczekać uderzać w chwilach lepszych zmieniać swoje myślenie od podstaw,
to trwa długo i w zasadzie trzeba kontrolować siebie już do końca życia.
Choroba ma swoje cykle raz jest lepiej raz gorzej w lepszych momentach uświadamiałem sobie to jak bardzo mnie to niszczy.
Musiałem coś z tym zrobić znalazłem ''chęci''. Jeśli chcesz wyzdrowieć pragniesz tego, nie masz problemów z motywacją.
Ja nie napisze nigdy poradniku jak wyjść z CHaD opisuje jedynie swój przypadek tylko i wyłącznie po to aby inni,
mieli przykład tego że da się, to lepsze niż pisanie o tym że wszyscy będziecie chorzy do końca życia że nie ma nadzieji.
Życie jest trudne i co z tego ? Trzeba umieć zaakceptować swoje położenie pogodzić się z samym sobą to daje spokój i harmonie.
Zdrowia życze Dołączona grafika
  • kiwicojekiwi i mornin'yearning lubią to
Każdy milimetr w detalach jest w moim domu dźwiękiem !!!!

#25 Darling

Darling

    Bywalec

  • Bywalec
  • 750 postów
  • Płeć:Kobieta

Napisano 27 listopad 2012 - 16:17

Witam !

Spodziewałem się również negatywnego odzewu do tego co napisałem.Ja nie wyleczyłem się w 100% bo to jest niemożliwe.
To odcisneło zbyt dużo na mojej psychice, to mnie zmieniło chodź również bardzo dużo nauczyło.
W zasadzie naprowadziło mnie to na pewną droge, na drogę którą sobię bardzo cenie.
Dziś potrafię cieszyć się ze wszystkiego z tego że żyje, że oddycham, że jestem częścią tej sztuki.
Zrozumiałem to że Ja jestem bogiem własnego życia bo to ja decyduję o kształtach swojego świata, to mój świat.
Każdy z nas go ma, każdy z nas jest kontruktorem a nasze myśli i spostrzeżenia to narzędzia które nam do tego służą.
Nie jest to łatwo zrozumieć a tym bardziej czerpać z tego korzyści świadomie zmieniać naszą podświadomość to wymaga czasu.
Depresja a tym bardziej ChAD to parszywa choroba lecz małe kroki które podjąłem w drodze ku zdrowiu przerodziły się,
w wielkie czyny. Małe kroki przesądziły o tym że dziś jestem zdrowy powoli delikatnie i systematycznie zmieniałem siebie.
Zrozumiałem to że tylko ja sam mogę z nią wygrać to że jeśli stać mnie na samobójstwo stać mnie również na szczęście.
Jeśli wtedy ktoś mówiłby mi że to nieuleczalne że sie nie da się tego zrobić dziś pewnie by mnie tu nie było.
Więc takie gadanie to głupota której napewno żadnemu choremu nie powninno się powtarzać,
to zapisuje się w naszej podświadomości która z koleji bezkrytycznie to realizuje świadomość tego nie widzi lecz podświadomość widzi wszystko.
Życie to sztuka wyborów jeśli ktoś pragnie zdrowia i w dodatku jest konsekwentny w tym co robi ma ogromne szanse by być zdrowym.
Te najgorsze chwile trzeba przeczekać uderzać w chwilach lepszych zmieniać swoje myślenie od podstaw,
to trwa długo i w zasadzie trzeba kontrolować siebie już do końca życia.
Choroba ma swoje cykle raz jest lepiej raz gorzej w lepszych momentach uświadamiałem sobie to jak bardzo mnie to niszczy.
Musiałem coś z tym zrobić znalazłem ''chęci''. Jeśli chcesz wyzdrowieć pragniesz tego, nie masz problemów z motywacją.
Ja nie napisze nigdy poradniku jak wyjść z CHaD opisuje jedynie swój przypadek tylko i wyłącznie po to aby inni,
mieli przykład tego że da się, to lepsze niż pisanie o tym że wszyscy będziecie chorzy do końca życia że nie ma nadzieji.
Życie jest trudne i co z tego ? Trzeba umieć zaakceptować swoje położenie pogodzić się z samym sobą to daje spokój i harmonie.
Zdrowia życze Dołączona grafika



Hej. kilka lat temu stwierdzono u mnie depresję... ostatni epizod depresji miałam 1,5 roku temu, było ciężko..a potem to minęło.. nie wiadomo skąd przyszlo szczęście czułam się Panią własnego losu, tak jak Ty myślałam że nad wszystkim panuję że wszystko mam przemyślane że teraz już wiem, rozumiem siebie.. Byłam tak cholernie szczęśliwa że stałam się motorem napędzającym swoich przyjaciół i rodzinę.. nie chciałam odstawić leków bez konsultacji lekarskiej bo wcześniej dwa razy to zrobiłam, jak wydawało sie, że już wszystko jest ok i się na maksa usrało... poszłam więc w stanie swojej szczęśliwości do lekarza a on mi powiedział ChAD i że to typowa "górka".............. zgłupiałam ... nawiasem mówiąc obecnie jest "dołek" i cholernie tęsknię za swoją "górką" ... i tu moje pytanie do Ciebie: skąd wiesz że ten stan u Ciebie teraz to nie "górka"? może jesteś w fazie maniakalnej? skąd to wiesz? .. nie zrozum mnie źle, nie atakuję Cię, po prostu bardzo chcę to wiedzieć.. lekarze mówią że im bardziej choremu ( Chad, mania jeden czort) wydaje sie że jest zdrowy tym bardziej jest chory, tak powiedziano mi...
pozdrawiam

#26 DeejweeD

DeejweeD

    Średniozaawansowany

  • Bywalec
  • 249 postów
  • Płeć:Mężczyzna

Napisano 29 listopad 2012 - 02:24

Świetne pytanie :)

Pamiętam swoje epizody manii tą siłę, energie, jednym słowem chaos. Mój obecny stan opisałbym bardziej jako harmonie, spokój, rozważne podróżowanie torem życia.
Nie są to raczej objawy manii, chodź muszę ''patrzeć sobie na ręce''. Nie jestem wyładowany energią czy jakoś przesadnie szczęśliwy żyje jak każdy ''normalny''.
To trochę dziwne, ciężko jest komuś tłumaczyć że jest się zdrowym ;) Obecnie w moim życiu nie odczuwam niczego przesadnie co jest normalne podczas manii.
Gdy byłem chory zmiany biegunów miałem dosyć często co 2 tyg mniej więcej. Nigdy nie miałem manii czy depresji która trwała dłużej niż miesiąc.
Myśle że napewno nie wyleczyłem się w 100 proc. co też mówił mi psychiatra ale w 99proc. myśle że jestem zdrowy.
Po odstawieniu leków miałem w ogóle problemy z energią byłem bardzo zamulony w zasadzie nie tak dawno z tego wyszedłem.
Leki mnie zrujnowały lekko dlatego je odstawiłem czego nikomu nie polecam chodź mi akurat się udało.
Kontrole nad samym sobą dała mi medytacja i filozofia. Dziś rozumiem i wiem dużo więcej niż kiedyś.
Żyje jak chcę nareszcie nie ciągnie się za mną widmo choroby chociasz każdy na tym świecie jest chory.
W każdym razie psychiatra wykluczył u mnie manie chodź zalecił ostrożne życie.
Czas nam pokaże jak bardzo się myliliśmy lub jak bardzo mieliśmy rację ;)
Narazie nie mam zmartwień związanych ze zdrowiem psychicznym.
Pozdrawiam
Każdy milimetr w detalach jest w moim domu dźwiękiem !!!!

#27 Darling

Darling

    Bywalec

  • Bywalec
  • 750 postów
  • Płeć:Kobieta

Napisano 29 listopad 2012 - 17:51

..

Świetne pytanie :)/>

Pamiętam swoje epizody manii tą siłę, energie, jednym słowem chaos. Mój obecny stan opisałbym bardziej jako harmonie, spokój, rozważne podróżowanie torem życia.
Nie są to raczej objawy manii, chodź muszę ''patrzeć sobie na ręce''. Nie jestem wyładowany energią czy jakoś przesadnie szczęśliwy żyje jak każdy ''normalny''.
To trochę dziwne, ciężko jest komuś tłumaczyć że jest się zdrowym ;)/> Obecnie w moim życiu nie odczuwam niczego przesadnie co jest normalne podczas manii.
Gdy byłem chory zmiany biegunów miałem dosyć często co 2 tyg mniej więcej. Nigdy nie miałem manii czy depresji która trwała dłużej niż miesiąc.
Myśle że napewno nie wyleczyłem się w 100 proc. co też mówił mi psychiatra ale w 99proc. myśle że jestem zdrowy.
Po odstawieniu leków miałem w ogóle problemy z energią byłem bardzo zamulony w zasadzie nie tak dawno z tego wyszedłem.
Leki mnie zrujnowały lekko dlatego je odstawiłem czego nikomu nie polecam chodź mi akurat się udało.
Kontrole nad samym sobą dała mi medytacja i filozofia. Dziś rozumiem i wiem dużo więcej niż kiedyś.
Żyje jak chcę nareszcie nie ciągnie się za mną widmo choroby chociasz każdy na tym świecie jest chory.
W każdym razie psychiatra wykluczył u mnie manie chodź zalecił ostrożne życie.
Czas nam pokaże jak bardzo się myliliśmy lub jak bardzo mieliśmy rację ;)/>
Narazie nie mam zmartwień związanych ze zdrowiem psychicznym.
Pozdrawiam

... dzięki za odpowiedź, dała mi dużo szersze spojrzenie ... Ja na szczęście nie uwierzyłam w swój Chad i wychodzi na to, że na szczęście... Moje górki nie były chaosem, wszystko wtedy miałam poukładane, w pracy byłam systematyczna, działałam na kilku płaszczyznach i nie porywałam się z motyką na słońce..ot odczuwałam radość życia :) niesamowity stan :) Pan Doktór bardzo chciał coś zdiagnozować no i zdiagnozował ... zresztą ten okres uniesienia trwał kilka miesięcy zaczęło się psuć teraz jak zamieszkałam z facetem...ale tutaj to chyba odzywa się moje DDA i to że nie potrafię być szczęśliwa w normalnym związku ...

#28 Rumunek

Rumunek

    Nowy uczestnik

  • Bywalec
  • 7 postów

Napisano 21 grudzień 2012 - 00:50

bardzo ważny dla mnie temat, daje światełko w tunelu.
Dla mnie obecną ścieżką jest... REALIZM. Mam świadomość górek i dołów, w związku z tym staram się to zrównoważyć, sam. Mnie terapeuta wkurzył dośc mocno, piszecie tutaj o lekach, on właśnie przedstawił leki jako złoto, złotą tabletkę na deprechę. Powiedziałem, że nie, tak trochę na Polaka-chojraka, że pokaże, że potrafi, staram się w tym wytrwać...
zaakceptowałem świat jaki jest, to, co mi się w nim nie podoba, a nie podoba mi się wszystko. Z sobą też mam problemy, ale odpuściłem, nie rozstrząsam. Żyje z dnia na dzień, trochę jak automat, ale mam wpisany w rytm parę rzeczy i blokuje mnie jedynie prokrastynacja, a być może zwykł lenistwo, sam nie wiem do końca, bo... staram się nie rozstrząsać (tak, wiem przeczę sobię będąc tutaj, ale to mój dołek - albo górka, bo wciąż mam nadzieję, ale wątpliwości się nasiliły) tylko robić.
Sztuka wojny, hm... czytałem, czytałem, ale mi nic to nie dało, aczkolwiek zasady tego świata są oparte na wojnie to prawda.
  • anche lubi to

#29 takatam

takatam

    Nowy uczestnik

  • Bywalec
  • 53 postów

Napisano 24 grudzień 2012 - 03:35

Ja tak jak autor tematu chyba jestem na dobrej drodze do samo wyleczenia. Przez długie lata męczyłam się z depresją nerwicową (dystymia) i w końcu doszłam do tego, dlaczego w ogóle tak jest. Przez wiele lat miałam permanentny dół. Potrafiłam przepłakać całe dnie i noce, dosłownie dzień w dzień byłam tak pogrążona, że tego się nie da opisać. Zdecydowanie nie mam Chad, ponieważ nie miałam górek ani dołów naprzemiennie, tylko bez przerwy wielki dół. Po czasie doszłam do wniosku, że to JA SAMA wpędzam się w tą głupią depresję. Jak? Otóż nakrecam się sama. W dzieciństwie miałam dużo problemów, ale nie były to jakieś bardzo trudne problemy. Rodzinka trochę się na mnie wyżywała psychicznie, do tego też dzieciaki w szkole i na ulicy, dało się jako tako z tym żyć. Niemniej zostało mi po tym zakodowane pewne poczucie, ze jestem nic nie warta, bezużyteczna i tak dalej. Do tego doszło jeszcze to, że w dzieciństwie nikt się mną nie interesował. Byłam zepchnieta na dalszy plan przez całą rodzinę i traktowana jak piąte koło u wozu, nikt mnie nie przytulał, nie pochwalił za nic, ciągła krytyka i wmawianie, że jestem do niczego. Trzeba podkreślić, że wtedy nie miałam depresji. Dlaczego? Bo nie przejmowałam się tym. Po prostu olewałam wszelka krytykę i nie myślałam o niej. Nie rozkminiałam, czemu ten czy tamten mi mówi że jestem taka siaka czy owaka, po prostu pogadał sobie, olałam i robiłam dalej swoje. Ale jak miałam tak mniej więcej 21 lat (teraz mam 28), to się zaczęło. Zaczęłam rozkminiać, czemu ktoś mnie krytykuje, zaczęłam brac każde negatywne słowo na mój temat bardzo do siebie, zaczęłam się przejmować. I powoli zaczynałam być coraz bardziej nieszczęśliwa. Do momentu, kiedy olewałam cudza krytykę, byłam szczęsliwa, cieszyłam się życiem. Jak zaczęłam się przejmować, tak szczęscie ulatywało ze mnie stopniowo aż doprowadziłam się do takiego stanu, że nie potrafiłam normalnie funkcjonować, płakałam podczas pracy. Wyobraźcie sobie, jak kasjerka w markecie płacze kasując wam towar. Wyobraźcie sobie, że to ja. Oprócz tego zaprogramowałam się na wieczny smut także z innego powodu. Chciałam, żeby w końcu ludzie zwrócili na mnie uwagę, zaczeli się martwić o mnie i poświęcili mi czas. Ale żeby to osiągnąć, musiałam mieć jakiś bezustanny problem. Nie miałam żadnych poważnych chorób fizycznych, zatem mój popaprany umysł przyjął, że skoro tak, to będę miała problemy psychiczne. I tak zaczęłam się wpychać w większe bagno, sama z własnej woli. Na początku zaczęłam rozmyślac o tym, co kto mi w przeszłości zrobił, zaczęłam się tym nakręcać do coraz większego smutku, żyłam tym. Znajomi zaczęli się o mnie martwić, czyli osiągnęłam swój cel. A potem poszło z górki. Po zaprogramowaniu się na wieczny smutek, nie potrafiłam już przestać i pojawiła się prawdziwa depresja, którą mi zdiagnozowano. Pojawiało się coraz więcej negatywnych myśli, każda krytyka bardzo bolała, miałam myśli samobójcze, chciałam się zagłodzić i wpadłam w anoreksję. Z jednej strony było mi z tym źle, z drugiej cieszyłam się, że w końcu ludzie na około poświęcają mi uwagę i martwią się o mnie. Nie chciałam się wyleczyć, bo to by oznaczało, że przestaną się martwić. Więc tkwiłam w tym nadal, bo to mnie jarało w pewien chory sposób. Po tych wszystkich latach zapomniałam, czemu w ogóle wpadłam w to bagno. Dopiero teraz na nowo sobie przypomniałam jak to się w ogóle zaczęło, w jaki sposób doprowadziłam się do aż tak złego stanu. Na co dzień maltretowałam się głupimi myślami, wymyślałam scenariusze własnego pogrzebu, śmierci albo jakiejś ciężkiej choroby oraz ludzi, którzy się o mnie martwią. Kręciło mnie to. Pragnęłam, by ktoś bardzo się o mnie martwił, bo w dzieciństwie nikt mi tego nie dał. Ale to z czasem stało się częścią mnie i powodowało codzienne stany depresyjne. W końcu zapomniałam o moim celu i powodach, dla których ten cel sobie wyznaczyłam, bo zachorowałam naprawdę i wiedziałam, że depresja, którą mam na własne życzenie rujnuje mi życie. Wystarczyło, że ktoś powiedział mi coś niemiłego, skrytykował itp a ja już wpadałam w wielkiego doła na kilka dni. Paraliżowało mnie to tak bardzo, że nie byłam w stanie się ogarnąć, nic zrobić, pojawiła się prokrastynacja, z którą obecnie walczę. A jak nikt mnie nie krytykował, to sama się krytykowałam. Bezustannie myślałam jaka jestem do niczego bo to mi nie wyszło, tamto mi nie wyszło... Ciągły dół i niemoc. Jednego dnia postanowiłam z tym skończyć. Zastanowiłam się nad sobą, co ja w ogóle ze sobą robię, sama na własne życzenie się niszczę swoimi natrętnymi myślami. Sama się nakręcam. Postanowiłam, że nie będę myśleć o sobie negatywnie. Zajęlo mi to bardzo dużo czasu, bo aż kilka miesięcy. Ale bez leków jestem już na dobrej drodze do wyleczenia, może nie całkowitego, bo jednak to będzie szło za mną do końca życia. Ale liczę na to, że wylecze się na 99%. Póki co wyganiam z siebie wszelkie negatywne myśli. Jest to dla mnie trudne po tych wielu latach samoumartwiania. Byłam tak pochłonieta przez moje negatywne myśli, że nie potrafiłam się cieszyć z niczego. Nie potrafiłam odpoczywać, zrelaksować się, cieszyć się muzyką, filmem, czy ksiązką. Teraz dopiero doszłam do tego, że to jak się czuję zależy głównie ode mnie. Jeżeli będe dopuszczać do siebie wszelkie negatywne myśli, będzie mi źle, bo się nakręcam. A jeżeli postaram się odpędzać te myśli za wszelką cenę i myśleć o pozytywnych rzeczach, będzie mi lepiej. Nie chodzi tu o to, by wpaść w chory samozachwyt, ale o to, by nie skupiać się tylko na sowich wadach i na tym co robię źle. Jeśli skupiam się na negatywach, to sama się nakręcam i potem na cały dzień albo kilka dni mam wielki dół, chodzę i płaczę i sama nie wiem, czemu. Bywało tak, że chodziłam i powtarzałam sobie co sekundę jaka jestem beznadziejna. Albo jak coś mi się przydarzyło na przykład wylałam herbatę na podłogę, to już cały dzień albo kilka następnych wręcz z uporem maniaka wmawiałam sobie, że jestem do niczego z tego powodu o.O Koniec z tym. Jesli się na tym łapię, od razu odganiam te złe myśli. Nie jestem aż tak beznadziejna, tylko sobie to wmawiam. A dopóki sobie wmawiam, tak myślę i tak właśnie będzie. To tak zwana autosugestia. Jeśli człowiek sobie wmawia złe rzeczy, to będzie mu źle. Jesli będę cały dzień chodzić i powtarzac "jestem do niczego" to tak będzie. Powoli zaczynam się ogarniać, choć nie jest łatwo. Dziś prawie się popłakałam, jak zaczęłam myślec o tym, że nie mam pracy i pieniędzy. Ale po minucie odgoniłam te myśli i cała siłę woli skupiłam na tym, żeby nie płakać i uczepić się nadziei, że znajdę pracę w końcu, a nie tego, że jej nie mam. Udało się. Jakbym zaczęła płakać, potoczyłoby się lawinowo, znów zaczęłabym się nakręcać i znów wpadłabym w wielki dół na kilka dni. Bo co tak naprawdę zyskam płacząc? Nic. Więcej zyskam jak pójdę do miasta i poroznoszę CV, zamiast siedzieć i płakać. Jeszcze niedawno było tak, że jak dopadły mnie negatywne myśli, to nie próbowałam z nimi walczyć, po prostu poddawałam się i płakałam, do tego zamęczałam tym znajomych, którzy mieli mnie powoli dość. A teraz? Jak tylko dopadają mnie negatywne myśli, odganiam je na wszelkie sposoby. Oczywicie to nie rozwiąże realnych problemów i nie będzie tak, że jak ktoś np. stracił dom/kogoś bliskiego/zdrowie, to pozytywnym mysleniem się szybko pozbiera. Wiadomo, że ludzi dopadają różne rzeczy i nie zawsze można się po tym pozbierać. Ale ja mam dużo wymyślonych problemów i dużo zaniedbanych spraw, które stały się problemami przez to, że je właśnie zaniedbałam zamiast ruszyć tyłek. Nie mam jakichś poważnych problemów, tylko wyolbrzymiam te, co mam i stąd dużo negatywnych myśli. Zdałam sobie z tego sprawę i również z tego, że te problemy nie rozwiążą się same. Jeśli ja tu i teraz nic nie zrobię, to do końca życia będe miała problemy oraz depresję i prokrastynację na dokładkę. Przede wszystkim przestałam jęczeć i marudzić do znajomych. Wiem, ktoś powie, ze po to są znajomi, żeby im się zwierzyć z problemów. Ale zwierzanie z problemów a wmawianie im na siłę, że jestem do niczego, to dwie różne rzeczy. Kiedyś całymi dniami potrafiłam siedzieć na gg i pisac do znajomych jaka o ja jestem do kitu. Nie dość, że oni mieli mnie dość, to jeszcze sama się nakręcałam, bo pisząc takie rzeczy zaczynałam w nie wierzyć. Takie jęczenie całodzienne miało jeden cel. Zmusić ludzi, żeby się o mnie martwili i już w zasadzie o tym celu nie myślałam, to był mój nawyk. Nie chciałam szukać pomocy, nie pozwalałam nikomu sobie pomóc, po prostu interesowało mnie to, by ktoś się mną zajmował, prowadził za rączkę, martwił się. Nakręcałam się sama w tym wszystkim. Przestałam to robić. Po prostu przestałam z dnia na dzień jęczeć do znajomych jaka to ja jestem do dupy. I tym samym przestałam się nakręcać, przestałam myśleć negatywnie o sobie. Owszem, zwierzam się z problemów, ale w innej formie. Kiedyś pisałam do znajomych tak "Nie mam pracy, jestem do niczego, beznadziejna, nieudacznik, powinnam umrzeć." Samonakręcanie mode on, stało się to moim nawykiem, wręcz codziennym rytuałem. Wchodziłam na gg i szukałam ofiary, którą pomaltretuję swoimi żalami i pretensjami do całego świata. Teraz piszę do znajomych tak "no nie mam pracy, ale kiedyś znajdę." I dalej się nie nakręcam, że jestem taka siaka owaka, bo jaki to ma sens? Wielka różnica, prawda? Dzięki temu zaczynam wychodzić powoli na prostą. Nawet z prokrastynacją sobie już lepiej radzę i zaczynam brac się za pracę, bo nie wmawiam sobie, że wszystko, co zrobię będzie i tak beznadziejne, jeszcze niedawno takie wmawianie było notoryczne. Przestałam nakręcać się w negatywnym myśleniu, a jak tylko się na tym złapię, od razu usuwam te myśli. Jak ktoś mnie skrytykuje, to zamiast myślec o sobie źle, myślę sobie, że przecież ja tez innych ludzi krytykuję, poza tym nie ma ludzi nieomylnych, każdy popełnia błędy. Jak pokłócę się z siostrą, też się szybko ogarniam, kiedyś po kłótni miałam same negatywne myśli, płakałam, chciałam umierać i co tylko się dało, nienawidziłam całego świata, bo sobie z siosrą nawrzucałyśmy od różnych. A teraz olewam to. Pokłócę się z nią, za chwilę staram się o tym zapomnieć i iść dalej. Jest coraz lepiej. Nie było to łatwe, dojście do tego zajęlo mi naprawdę wiele czasu i wymagało zmiany moich utartych nawyków, czyli nawyków uporczywego negatywnego myślenia. Ale opłacało się.
Wiem, każdy jest inny i u każdego depresja wygląda inaczej. U każdego kluczem do wyleczenia będzie co innego. Ale może komuś pomoże mój przydługawy post. U mnie właśnie to był klucz do wyleczenia, nie leki, nie psycholog, tylko pozbycie się negatywnego myślenia o sobie. Bo co z tego, że ja poszłam do psychologa, jak nie chciałam się wyleczyć z wiadomych powodów? Walczyłam z depresją wiele lat i w końcu doszłam do złotego środka, kiedy przeanalizowałam genezę pojawienia się u mnie depresji i jej przebiegu, powodów, dla których się samoumartwiałam. Powód był błahy, banalny i głupi wręcz, chęć zwrócenia na siebie uwagi, pokazania całemu światu jaka to ja jestem biedna i nieszczęśliwa. Permanentny pesymizm, powodowany chorymi celami.

Nie jestem teraz na "górce", bo raz, nie mam chad, a dwa z tego, co czytałam, osoby na górce czują, że mogą przenosić góry. Ja się jeszcze tak nie czuję. jestem pełna nadziei, mam pozytywne myśli, ale nie czuję się jeszcze w pełni sił psychicznych, jeszcze nie... Mam jednak nadzieję, że do tego kiedyś dojdę. Wmawiałam sobie przez ileś lat, że jestem beznadziejna i skupiałam się na niepowodzeniach, pora więc zacząć sobie wmawiać, że jestem fajna, skupić się na tym, co mi się udało i takie tam ;P. Chcę wykorzystać siłę autosugestii.

Post trochę chaotyczny, wiele rzeczy pewnie powtórzyłam, wybaczcie, jest środek nocy, a ja jestem zmęczona ;P Idę spać.

Użytkownik takatam edytował ten post 24 grudzień 2012 - 03:38

  • adesia lubi to

#30 Gość_Lukier_*

Gość_Lukier_*
  • Gość

Napisano 24 grudzień 2012 - 13:11

takatami inni różnież

tak, powtórzyłaś się nie raz, ale nie o to chodzi, dobrze że uwolniłaś się poprzez tego posta, czuć że takie pisanie ma charakter terapeutyczny.mam podobną sytuacje, brak pracy, wiary w siebie, i problemy z własną samooceną.Wiem że leki mnie nie wyciągną z tego, moga jedynie zamaskować pewne sprawy, ale ja wiem że prawdziwa przyczyna mojej depresji jest inna.wiem że gdybym miał stałą prace, dziewczynę i wyprowadził się z rodzinnego domu, natężenie depresji spadłoby jak gorączka, zamiast tego tkwie w impasie jestem ospały i nic mi się nie chce, rodzina mnie potępia za to że nie moge znaleźć sobie roboty, wszelkie moje próby znalezienia pracy kończyły się fiaskiem, raz na jednej rozmowie kwalifikacyjnej facet zadawał mi takie pytania że nie wiedziałem kto tu jest normalny, nie dał mi szansy, moje cv było tak ubogie, że kobieta w biurze smiała sie szyderczo od kilku lat ogarnia mnie bezsilność tak silna że potrafię przesiedzieć kilka godzin bezczynnie.stąd rodzą się samobójcze myśli, każdego dnia umiem tylko się nimi nakręcać jak zegarek i marze o tym aby ktoś mnie uśpił, bo nie widze dla siebie szansy, czuje się w domu ciężarem, nie potrafie kochać, bo depresja osłabia mnie w taki sposób że nie umiem dać wsparcia mojemu ojcu z którym żyje po śmierci mamy i podobnie jak ty tworzyłem w głowie wizje swojego pogrzebu.
nie dam rady się z tego wygrzebac sam dlatego myślę o szpitalu psychiatrycznym, chciałbym umrzec ale wiem że nie moge przerwać swojego zycia-wszystko to bierze się z tego że nie mam pracy, zawodu, wiele lat olewałem system, rodzice, gdy ich potrzebowałem nie zajmowali się mną-pili do upadłego, a ja sam za siebie jak inni nie potrafiłem sie wziąć i gdy widze znajomych jak maja normalne życie prace, związek, normalne życie towarzyskie, przygniata mnie to i przyprawia o czarne myśli, nie wiem jak sobie z tym poradzić, prosze więc Boga żeby skrócił moje życie, ale on jak zwykle milczy

#31 takatam

takatam

    Nowy uczestnik

  • Bywalec
  • 53 postów

Napisano 24 grudzień 2012 - 17:03

Wiem doskonale co czujesz, rozumiem to. Sama przez długi czas czułam się do niczego przez brak pracy. Ale tak naprawdę, to sama z własnej winy tej pracy nie mam. Zamiast roznosić CV siedziałam na tyłku i płakałam mając milion powodów dla których nie pójdę szukać pracy, a to deszcz pada, a to zimno, a to nogi bolą itp. Wiem też jak cięzko jest znaleźć pracę teraz, bo jak już zaczęłam roznosić CV to się okazuje że tej pracy po prostu nie ma... Dopiero w co piątym sklepie w ogóle zechca przyjąć moje CV, a tak to mówią, że nie potrzebują. Ale staram się tym nie zrazić, nie poddawać. Bo jak się poddam, to będzie tylko gorzej, a nie lepiej. Wiem, że tobie jest ciężko, rozumiem to bardzo dobrze. I wiem, że nie jest łatwo myśleć pozytywnie, kiedy brakuje ci tyle rzeczy, pracy, dziewczyny, własnego domu. Ja tez mieszkam z rodzicami, mam faceta, ale dzieli nas duża odległość i widzimy się rzadko, jak dobrze pojdzie to raz na miesiąc, a jak nie to raz na dwa miesiące. Na początku mnie to dobijało, ale stwierdziłam, że jak będę przez to płakać, to nic to mi nie da tak naprawdę. Na razie jest ok, staram się odpędzać złe myśli i skupić się na tych dobrych. Jak juz pisałam, to łatwe nie jest. Potrzeba wiele czasu by się tego nauczyć, bo skoro przez pół życia wmawiamy sobie, że jesteśmy do niczego, to żeby przestać sobie to wmawiać, potrzeba naprawdę wiele czasu. Ale da się. Może pomyślisz, że łatwo mi tak pisać, ale uwierz, ja też byłam w bardzo złym stanie. Tak samo, jak widziałam znajomych, od razu z tej zazdrości, że oni mają lepiej, zaczynałam płakać. Ale jakby się tak zastanowić, to co ja zrobiłam, by mieć lepiej? Wlaściwie to nic. Siedziałam przy kompie i myślałam jak mi źle. Nie ma cudów, nic nie dzieje się samo, jeśli nie wezmę dupy w troki, nie zrobię nic, by coś zmienić, to będę się cofać, podczas gdy inni będą szli do przodu. Ale podstawą tu jest przestać negatywnie myśleć i wmawiać sobie złe rzeczy. Bo jeśli zaczynam sobie wmawiać negatywy, to trace na to energię oraz zniechęcam się do wszelkiej pracy, bo i tak nie widzę w niczym sensu. Bywało tak, że wyrzucenie śmieci było dla mnie wielkim wyzwaniem, przez kilka tygodni śmieci leżały centralnie na środku podłogi, a ja omijałam worek i nie wyrzuciłam ich, bo zwyczajnie nie miałam na to siły. Nie fizycznej siły, tylko psychicznej. Pora zawalczyć o swoje lepsze jutro, nikt nie zrobi tego za nas, zacząć od wyrzucenia śmieci, a skończyć na wielkich rzeczach. Psycholog da wsparcie, ale jeśli sami się nie ruszymy, by coś zmienić, to to wsparcie nie pomoże. To tak samo jakby ktoś mi zrobił zakupy na obiad, położył je na stole i ja bym liczyła na to, że ten obiad sam się ugotuje. Nie ugotuje się, jesli się nie ruszę i nie zrobię, obiadu nie będzie. Psycholog moze wesprzeć, podać rozwiązanie, ale jeśli sami nic nie zrobimy, by to rozwiązanie wykorzystać, to nic to nie pomoże. To jest tylko teoria. Żeby ją wykorzystac w praktyce, trzeba jeszcze ją dogłębnie zrozumieć. Zrozumieć, zakodować sobie, zrozumieć swoje własne mechanizmy, dopasować tą teorię do siebie samego i w końcu całą swoją siłę skupić na tym, by sobie swoim własnym myśleniem pomóc, a nie szkodzić. Znajomość suchej teorii też niewiele da, jeśli się nie zrozumie własnej psychiki i nie spróbuje jej niejako przeprogramowac na swoją korzyść. Bo teraz jest zaprogramowana na niekorzyść.

Jeśli jestes zarejestrowany w UP, zobacz czy nie robią jakichś kursów zawodowych. Za kursy jeszcze zapłacą, mi zapłacili, grosze, ale jednak, moze warto się rozejrzeć i zrobić chociażby kurs na sprzedawcę. Zawsze to jakieś dodatkowe kwalifikacje.

#32 Gość_Lukier_*

Gość_Lukier_*
  • Gość

Napisano 24 grudzień 2012 - 23:07

Jestem zarejestrowany w up, mieli nawet ostatnio dla mnie skierowanie do pracy, ale niestety nie było juz miejsc.Jesli się poddam, pójde na dno.dobrze że masz chłopaka, bo ja jak miałem dziewczyne(też na odległość)wlewała we mnie sporą dawkę motywacji, chciało mi się żyć, działać, nie czułem potzreby leków ani terapii, to bylo dobre, bo zycie dla samego siebie w pewnym momencie staje się uciążliwe.Cały czas myślę że prawdziwym sensem człowieka jest jedność i praca nad sobą.

#33 takatam

takatam

    Nowy uczestnik

  • Bywalec
  • 53 postów

Napisano 25 grudzień 2012 - 03:29

Praca nad sobą przede wszystkim. A motywację mogą dać tez inne rzeczy i inni ludzie. Mi dużo motywacji dodają zwierzaki, muszę zarobić na ich utrzymanie, poza tym ruszyć tyłek, żeby im posprzątać, zająć się nimi. Bez nich chyba bym całkowicie oklapła :P A tak jak są, to wiem ze musze się dla nich starać, bo beze mnie by zginęły, nikt prócz mnie się nimi nie zajmie. Poza tym moja mama wyjechała do Niemiec do pracy bo kasy nam nie starcza i też muszę się zmotywować, bo aż wstyd, że matka po kilku operacjach zapiernicza za granicą, a ja siedze w domu na tyłku. To mi też daje motywację, muszę coś ze sobą zrobić, bo rodzice już tracą zdrowie i potrzebują pomocy. Chłopak, o ironio, daje mi z tego wszystkiego najmniej motywacji. W zasadzie czuję się jakbym go nie miała, bo dzieli nas spora odległość i ostatnio nawet rzadko rozmawiamy, albo ja nie mam czasu albo on. Oddalamy się od siebie coraz bardziej, pewnie to chwilowe, ale... przestałam się w ogóle tym przejmować. Nie chcę już tracić energii na zamartwianie się. Po prostu nie chcę. Życie jest zbyt krótkie by siedzieć i płakać. Rok temu bym pewnie nie wyrabiała w tej sytuacji, ale teraz wybudowałam sobie kopułkę obojętności na wszelkie problemy i coraz bardziej ją powiększam. Nie znaczy to że nie próbuję problemów rozwiązywać. Po prostu jeśli nie potrafię ich rowziązać staram się nimi nie przejmować, udawać że ich nie ma.

#34 Gość_Lukier_*

Gość_Lukier_*
  • Gość

Napisano 25 grudzień 2012 - 13:04

Dobrze jest mieć kogoś, kto wesprze, pogada, zmotywuje, ja byłem(?)2 lata temu z dziewczyną i powiem że dała mi dużo zachęty do działania do zmieniania się codziennie rozmawialiśmy po kilka godzin-chciało mi się żyć, czułem że nie potrzebuje żadnych leków ani terapii tylko tej drugiej osoby.Chociaż wiem że nie moge uzależniać swojego życia od kogokolwiek, ale żyjąc samemu traci się sens i wiare.Związek ten nie przetrwał bo był na odległość.Minęło sporo czasu zanim się pozbierałem(bo to ona mnie zostawiła)Z miłej, ciepłej dziewczyny zamieniła się w lodowatą istote.Dlatego od stycznia ide do psychiatry i niech mi coś przepisze :) co stłumi moje czarne, samobójcze myśli.Wciąż się nie poddaje, ale są dni że mam ochotę się rozszarpać gdy bezsilność sięga zenitu.Prokrastynacja, niezdolność do podejmowania decyzji, tępe wpatrywanie się w ściane , przez to wszystko utraciłem pasje, zbyt wiele rzeczy przestało mnie cieszyć, wiem że tak jak piszesz nikt za mnie nie ruszy tyłka, nawet bym tak nie chciał, czułbym się juz całkiem totalnym dnem, ale łapie takie zawieszki że po kilka razy podchodze do prostych czynności.Wiem też że wszystko uwarunkowane jest pracą w życiu codziennym, bez niej nic nie istnieje, dlatego nawet siedzenie w domu i udawanie że coś sie robi nie ma sensu.Z tego wszystkiego spada poczucie mojej wartości we własnych oczach, nie moge już winić rodziców za to że olali moją przyszłość.Sam sobie jestem wiele rzeczy winien, ale nie należę do tych silnych jednostek-potrzebowałem ojca, wzoru, przykładu, mapy, kogoś kto by pomógł mi nadać kierunek, zamiast tego były libacje i awantury o byle co.Smutna patologiczna historia.

#35 takatam

takatam

    Nowy uczestnik

  • Bywalec
  • 53 postów

Napisano 25 grudzień 2012 - 14:18

Rozumiem to jak najbardziej. Człowiek potrzebuje drugiej osoby i nic na to nie poradzimy. Każdy też inaczej przeżywa samotność, jeden ma motywację, by coś robić, drugi ją traci. Po prostu każdy jest inny. Ja nie mogę powiedzieć, jak bym się czuła, gdyby mnie mój zostawił, bo nie byłam w takiej sytuacji... to mój pierwszy związek i trwa już prawie 4 lata, cały czas na odległość... ;/ Do 25 roku życia byłam sama i w sumie też nie było źle. Nie wiem jak bym zniosła rozstanie, pewnie to jest zależne od okoliczności. Ja jestem typem samotnika i do egzystencji nie potrzebuję innych ludzi, a wręcz ich obecność mnie męczy. Siedzę sama w domu i jest mi z tym dobrze. Kiedy dom jest całkowicie pusty, mam więcej motywacji do działania, niż jak ktoś jest w domu. Jak dom jest pełny, to czuję się osaczona, każdy patrzy mi na ręce, komentuje, pyta co robię i wtedy trace chęci, motywację, energię... Przez to nasila się u mnie prokrastynacja, jak mam coś zrobić i wiem, że inni będą patrzeć, to nie robię :P Najlepiej, to zaszyłabym się w moim pokoju i z niego nie wychodziła tylko zajęłabym się swoimi sprawami, no ale tak się nie da, trzeba wyjść do ludzi nawet na chwilę.
Ja też tak mam, że do prostych czynności podchodzę po kilka razy, kilka dni, tygodni. Chociaż już i tak jest o wiele lepiej niż było, ale to jeszcze nie to co bym chciała. Jednak jestem pełna nadziei, że teraz się uda. Nie mogę tej nadziei tracić, bo jeśli ją stracę, to na pewno się nie uda. Grunt to wierzyć w wyzdrowienie, a wtedy jest to możliwe. Jak się nie wierzy, to cokolwiek by się nie zrobiło, nie uda się. Powoli małymi kroczkami dojdę do równowagi. Bo tak naprawdę nie da się wyzdrowieć z dnia na dzień. Jeśli choroba trwa kilka lat, to wyzdrowienie też musi potrwać. A problemem jest, to że niektórzy chcą od razu cudów, chcieliby z dnia na dzień wyzdrowieć i zapomnieć o wcześniejszych problemach. Tak się nie da. Zdrowienie, to proces ciągły, rozciągnięty na wiele miesięcy albo lat.
Rozumiem też to jak to jest nie otrzymać od rodziców wzoru, pomocy i tego czego się najbardziej potrzebowało. Moi rodzice się mną nie interesowali, nie pamiętam nic prócz bicia i krzyków o byle pierdołę. Mama zawsze wymawiała się tym, że nie ma czasu, bo ma młodsze dzieci, a ja jestem najstarsza i musze sobie sama radzić. W wieku 11 lat musiałam być już dorosła, zająć się bratem który był w wieku niemowlęcym, bo mama poszła do pracy. Wymagano ode mnie, bym była odpowiedzialna, mądra i ogarnięta jak dorosła osoba. Tata po pracy walnął się przed telewizor i jak coś chciałam to się nie odzywał w ogóle albo odezwał się po 15 minutach. Nawet babcia i dziadek nie traktowali mnie najlepiej. Dziadkowie powinni rozpieszczać, a tymczasem traktowali mnie jak intruza. Ciągłe przytyki, ciągła krytyka, niezadowolenie, wmawianie że siedzi we mnie diabeł, że najgorsze dziecko na świecie i gorszego już nie ma :P Nawet z nauka byłam pozostawiona sama sobie i nikt nie zwracał uwagi na moje oceny. Mogłam mieć same jedynki, mogło mi grozić niezdanie do następnej klasy, nikogo to nie obchodziło. No, ale co zrobić, było minęło, dziadkowie już nie żyją, liczy się to co jest teraz.
Powodzenia u psychologa, życzę ci, żeby się udało, żeby psycholog przepisał odpowiednie leki, które pomogą.
A co do dziewczyny. Szukasz jakiejś teraz? Czy jednak po wcześniejszych doświadczeniach masz obawy, że kolejna cię zostawi i będzie gorzej?

#36 Gość_Lukier_*

Gość_Lukier_*
  • Gość

Napisano 25 grudzień 2012 - 14:49

Nie szukam. ;) Musze psychicznie stanąć na nogi.Sam.Rozkręcić się, bo paraliż mnie otacza.Mam nadzieje że po lekach znikną negatywne myśli i będe mógł zacząć konstruktywnie działać.Chce się ze samym sobą dobrze czuć, bo jak na razie jakoś mi nie idzie.

#37 takatam

takatam

    Nowy uczestnik

  • Bywalec
  • 53 postów

Napisano 25 grudzień 2012 - 16:25

Rozumiem. Nie chcesz uzależniać swojego być albo nie być od tego czy masz dziewczynę ;). W sumie dobre podejście, bo przecież związek jakikolwiek może się w każdej chwili rozpaść i człowiek uzależniony od bycia w związku, będzie sobie gorzej radził, gdy ten się rozpadnie.
Powodzenia w takim razie życzę.

#38 wersja do poprawki

wersja do poprawki

    Nowy uczestnik

  • Bywalec
  • 16 postów
  • Płeć:Nie ustawione

Napisano 25 grudzień 2012 - 19:19

napisalam dlugiego posta i...zniknal :) magia swiat :) dobra pisze jeszcze raz.

Wydaje mi sie ze to wszytko nie jest takie latwe i wszytko zalezy od indywidualnego przyadku czyli: stopnia zaawansowania choroby, jak dlugo chorujemy jak gleboko w tym tkiwimy i powodow depresji. Leki same nie wylecza to oczywiscie 'najprawdziwsza prawa' problemy nie znikna ale na pewno i jestem o tym przekonana moga pomoc przetrwac i pomoc zaczac walke z choroba. Ktos w glebokiej depresji ktory nie podnosi si eprawie z lozka nie da rady sam "wziac sie w garsc" Nie wiem czy to dobre porownanie ale leki to jak gips przy powaznym zlamaniu. Sam z siebie nie przywroci sprawnosci i nie naprawi szkody - do tego potrzeba jest rehablitacja - ale daje oparcie, pozwala przetrwac i zaczac wiczyc. Przy lzejszym urazie - gips nie jest potrzebny. Mi osobiscie leki pomogly na tyle ze uratowaly mi prawdopodobnie zycie - nie wiem gdzie bym znalazla sie bez lekow - wiem ze same leki nie rozwiaza moich problemow ale pozwalaja mi wstac z lozka dzialac w miare normalnie od strony technicznej :) czyli czynnosci normalnych zyciowych i pozwalaja zabrac sie za terapaie.
wydaje mi sie ze w powaznych przypadkach i dlugotrwalych nie obejdzie sie bez lekow. I ogromne gratulacje dla tych ktorzy potrafia sie bez nich obyc. Gratulacje i dawajcie do przodu!
A dla tych ktorzy biora leki i nie maja sily sami sie pozbierac - nie martwcie sie - na pewnym etapie nie ma poprostu mozliwosci samouleczenia. Oczywiscie to tylko moje prywatne poglady nie jestem lekarzem i nie wiem - moze jakis profesjonalista potrafilby jakos sensownie wypowiedziec :))))))

dla mnie wyleczenie z choroby to conajmniej przez 5 lat przeciwnosci losu, male i wieksze dramaty, klopoty nie sa w stanie stracic mnie w przepasc. Mi juz dwukrotnie zdawalo sie ze wyszlam na prosta i niestety kilka ciezkich tygodni pod rzad sprawily ze po 1,5 roku znowu jestem cieniem czlowieka. Oczywiscie nie mowie absolutnie nie twierdze ze autor powyzszego postu o leczeniu bez lekow tez tak ma - wierze ze takie cos jest mozliwe i bardzo gratuluje - ale jednoczesnie mysle ze trzeba byc ostroznym i rowniez bardzo ostroznie podeszlabym do przekonywania innych o takich mozliwosciach - wszystko to indywidualna sprawa :) Powodzenia!
  • jakub lubi to

#39 takatam

takatam

    Nowy uczestnik

  • Bywalec
  • 53 postów

Napisano 25 grudzień 2012 - 22:53

Ja absolutnie nie przekonuje nikogo, by odstawił leki. Wiem, że sa przypadki, kiedy leki są koniecznie i bez nich obejść się nie można. Ja nie byłam jeszcze w takim stanie, żebym nie mogła wstać z łóżka, więc post kierowałam raczej do osób, które są/były mniej wiecej w takim samym stanie, co ja lub lepszym, ale na pewno nie do osób, które są w gorszym stanie. Moim "łóżkiem" był komputer. Były dni, że nie odrywałam się od niego przez calutki dzień, wstaję rano, od razu komputer aż do późnej nocy z przerwami na jedzenie i ubikację. Po prostu porażka. Teraz już powoli zaczynam się odrywać, zaczynam coś robić. Idzie opornie, ale pewnie takie sa początki. Przy kompie siedzę tylko, jeśli mam do wykonania jakąś pracę związaną z komputerem albo do rozwijania zainteresowań (grafika, malarstwo cyfrowe), a tak to staram się nie marnować czasu na bezsensowne przeglądanie tych samych stron, co kiedyś nagminnie robiłam. Nie daję się też sprowokować żadnym złośliwcom, nie daję się doprowadzić do smutku, czy płaczu, kiedyś to się zdarzało często, wystarczyła mała uwaga, a już płakałam. Nie jest to łatwe i nigdzie tego nie napisałam :P Na to potrzeba duuuużo czasu, siły i chęci. Dziś znów mi ktoś dowalił na jednym forum i napisał, że jestem niezaradna życiowo. Uznałam, że po prostu ten koleś mnie nie zna i nie będe się z nim wykłócać, niech myśli o mnie co chce, ma do tego święte prawo. Parę miesięcy temu bym się popłakała i zaczęłabym się z nim kłócić oraz się tłumaczyć, czemu jest tak a nie inaczej, ale nie teraz. Po prostu mnie to nie obchodzi. Nie wyszłam jeszcze w pełni z depresji więc jak mam być zaradna? :P/> Olać to, nie będę się przejmować kimś, kto mnie tak naprawdę nie zna i nie widział mnie nigdy na oczy. Mam dobry humor, pozytywne myśli i niech tak zostanie. W czwartek idę złożyć CV do Tesco, bo podobno potrzebują do pracy. Może się uda, jak nie to trudno :P/>

Użytkownik takatam edytował ten post 25 grudzień 2012 - 22:56

  • adesia lubi to

#40 Gość_Lukier_*

Gość_Lukier_*
  • Gość

Napisano 27 grudzień 2012 - 16:09

W czwartek idę złożyć CV do Tesco, bo podobno potrzebują do pracy.


daj znać jak poszło :rolleyes:





Podobne tematy Collapse

  Temat Forum Autor Podsumowanie Ostatni post

Użytkownicy przeglądający ten temat: 1

0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych