Witam.
Odezwała się do mnie dziewczyna po dwudziestu kilku latach i zamarłem... Trzy dni leżałem skulony na sofie. Całe życie mi przeleciało przed oczami. To była moja wielka miłość. Odeszła kiedyś. Bardzo cierpiałem i całe życie myślałem i śniłem. Bylem potem w innych związkach i skłamał bym mówiąc, że nic nie czułem. Ale kiedyś moja mama powiedziała, że nie mogę w każdej dziewczynie szukać tamtej. Nie chciałem jej nic pisać, żeby jej nie zrazić do siebie. Zawsze miałem niskią samoocenę, nigdy nie potrafiłem rozmawiać z obcymi i ogólnie byłem osobą małomówną i zamkniętą. W końcu pękłem i napisałem jej co czułem i że nie dała szansy mi się odkochać, tylko w mojej głowie była coraz większym ideałem. Nie potrafiłem jej znienawidzieć, mimo że odeszła z innym. Teraz od trzech tygodni strasznie się czuję. Wiem że ona nie czuła tego co ja... Nie radzę sobie z tym...







