Ten oto tytuł nawiązuje do mojego obecnie stanu emocjonalnego, nie jestem w stanie tego nazwać poprawnie - ale znalazłem się w swego rodzaju czyśćcu. Jakby co mam 27 lat. Co się stało?
W zeszłym miesiącu byłem z przyjacielem w dużym mieście towarzyszyć mu w zaręczynach. Wyjazd sam w sobie był neutralny, moim poprzednim zawodem było ciągłe przebywanie w delegacjach. Nie spodziewałem się jednak, że stanie się coś, co mnie ponownie doprowadzi do ruiny...
Otóż, pierwszy zgrzyt - ludzie. Mnóstwo kolorowych różnorakich ludzi, ja jako mieszkaniec Polski C przywykłem do widoku albo meneli, albo medium-class fajnopolaków. Samo dojście z dworca PKP do wynajmowanego mieszkania zeżarło mi mnóstwo energii. Było to jednak preludium do prawdziwej bomby.
Otóż, gdy przyjaciel w końcu spotkał się ze swoją narzeczoną, i zaobserwowałem czułość, z jaką siebie nawzajem dążą - coś we mnie pękło. Nigdy nie byłem w związku, ostatni raz kiedy widziałem najbliższych (rodziców), jak się całują i przytulają - jest na kasecie VHS z 2004 roku. W tym właśnie momencie zdefragmentowałem się na małe kawałki, i zalałem łzami (musiałem później tłumaczyć narzeczonej kumpla co się ze mną stało, bo się przeraziła). Następnego dnia, aż do poprzedniego tygodnia miałem notoryczne ataki derealizacji (zaczęły się one nota bene wcześniej, gdy pisałem z jakimiś losowymi dziewczynami przez internet o głupotach, i gdy zaczęły gadać o związkach (młodsze lub rówieśniczki) to zaczął mi się wyłączać umysł, wraz z pojawieniem się niewyobrażalnie silnego bólu głowy). Wszystko dlatego, że gdy to przetworzyłem, to zdałem sobie sprawę z bardzo istotnej rzeczy. Moje doświadczenie romantyczno-społeczne jest tak odległe od praktycznie wszystkich ludzi, że w sumie jestem na poziomie 15 latków. Z tego wniosku doszedłem również do następnego - dzięki tej przepotężnej przepaści, nie będę w stanie nawiązać nigdy relacji romantycznej, czy innej podobnej głębszej więzi międzyludzkiej.
Stąd to nawiązanie do bycia w otchłani. Jestem zbyt daleko, aby wrócić na powierzchnie, obecnie mentalnie od kilku lat w sumie znajduję się w pernamentnym czyśćcu, i jedynym dla mnie rozwiązaniem jest ciągłe parcie na dół, i liczyć na to, że pod dnem złożonego z czystego intelektualnego terroru dobije się w końcu do mitycznej Agarthy - nagrody za wytrwałość w bólu, którego sam nie wybralem. Agarthy - krainie mlekiem i miodem płynącym, w której mogę połączyć się z innymi - równie oświeconymi istotami, i tam doznać łaski oczyszczenia.
Wiem, że to brzmi nad wyraz metaforycznie - ale tak ostatnio mogę nazwać to, co się dzieje w moim łbie. Pernamentny czyściec. Niedoświadczony życiowo, który nie mógł nawet zgrzeszyć został ukarany umysłowymi torturami. Może gdybym mniej myślał, to byłbym bardziej usatysfakcjonowany.







