Cześć wszystkim. Przejdę od razu do rzeczy-mój organizm postawił ( a w zasadzie robi to od dawna) w dość kijowej sytuacji. Sprawa wygląda to tak, że mam w szyi jakiegoś guza, torbiel-nie mam pojęcia choć mam też kilka podejrzeń. Mam to coś w zasadzie od zawsze, tzn od kiedy pamiętam, pamiętam takie rzeczy z 10 lat wstecz (ale zapewne dużo dawniej, być może od urodzenia) więc mojemu życiu to nie zagraża, złośliwe zmiany już by mnie kilka razy zabiły. Problem jest taki, że to coś bardzo wolno, ale jednak rośnie i lekko uciska mi na przełyk. Za 5-10 lat mogę mieć problem z nażarciem się. Zastanawiam się teraz co z tym faktem zrobić. Z jednej strony jest o tyle dobrze, że nie wykituję od tego. Z drugiej sytuacja trochę kiepska, ale nie na tyle żeby się permanentnie wylogować.
Może ktoś mi coś mądrego powie. Trochę mi przeszkadza fakt, że pewien członek mojej rodziny od kiedy pamiętam ma poważne problemy ze zdrowiem, co przez całe dzieciństwo ryło mi psychikę i doprowadziło do tego, że zacząłem sobie wmawiać nieistniejące choroby. Nauczyłem się ignorować moje urojenia i od dobrych kilku lat mam spokój. Ale tutaj to już nie są żadne urojenia niestety. Najgorsze jest to, że nie mogę ani sprawy olać, ani się zabić, bo w obu przypadkach byłbym skrajnym debilem i na marne poszłoby bardzo dużo mojej pracy nad kwestią na której mi zależy, co pewnie większość czytających wie.


.gif)


