Stworzyć jakąkolwiek inicjatywę to tak jakbym miała samodzielnie zbudować statek kosmiczny i polecieć nim na księżyc.
Póki co motywuję się, żeby wstać i coś zjeść. Mam problemy z chodzeniem, za 3 tygodnie mam wyczekiwaną od ponad roku rehabilitację, i już wiem , że nie dam rady na nią iść. Nie dam rady wyjść z domu. jestem stara i zjechana tym, co przeżyłam do tej pory. Myślę, że w przeciwieństwie do Was, w większości, a może nawet wszystkich, jestem stara.
Nigdy nie uważałam się za przegrywa, raczej za fightera, ale to gdy miałam 20, 30, 40 lat. Bardzo chciałam być matką i siłę dawały mi dzieci. I nawet wydawało się, że starość nie musi być jakąś męką. Że starszy syn sobie poradzi ( za kilka tygodni będzie lekarzem ), ja podreperuję zdrowie i wystarczy mi siły na "zamocowanie w życiu" młodszego.
Cudowna perspektywa dla wiecznego fightera , nieprawdaż? A, jeszcze w ubiegłym roku marzyłam o tym, że pomogę byłemu mężowi, bo wciąż bardzo go kochałam. Nie umiał żyć ze mną, ale jak się okazało- beze mnie też nie. Według używanej tu nomenklatury był przegrywem. Miał w środę wrócić do domu ale w niedzielę utonął.
Za pół roku znaleźli ciało. Za 2 miesiące starszy syn wyszedł i zablokował wszystkie możliwości kontaktu ze mną.
Cały czas nie mogę uwierzyć w to, co się dzieje. Nie wierzę, nie wierzę, nie wierzę.
Nikomu nic nie mówię ( poza psychiatrą ), bo jakbym teraz usłyszała od kogoś, że mam się sobą zająć, zadbać o siebie, to odrazu rzucę się pod najbliższy pociąg/samochód. A szkoda mi ludzi, którzy by po mnie przejechali bardziej niż potrzeba mi mojego końca. Więc lepiej nie wychodzić z domu.