Mam wrażenie, że społeczny odbiór kobiety, która jest matką, jest bardzo jednowymiarowy i ograniczony do tej jednej jej roli. To jest rola bardzo ważna, ale przecież niejedyna. W rozmowach ze znajomymi często słyszę teksty typu:
- "X to ma ciężką sytuację. No, ale X jest matką, więc nie może POZWOLIĆ SOBIE na załamkę"
- "a Y ma depresję, ale musi się trzymać dla dzieci"
- "Z ma dzieci więc ta to ma szczęście, ta to nie może narzekać"
Pierwsza wypowiedź sugeruje, jakoby depresja była jakimś wyborem, że sobie "pozwalamy" lub nie na nasz stan, a przecież nie mamy wpływu na wiele chorób i ich przebieg i podobnie jest z depresją. Możemy z całych sił starać się wzmacniać naszą rekonwalescencję i jesteśmy odpowiedzialni za nasze najlepsze starania by zadbać o siebie, ale przecież choroby się nie wybiera. A czy matka jest jakimś typem nadczłowieka czy robotem, że pstryknie palcami i sobie powie "if zmienna dzieci = True, then: depresja = False" ?
Druga wypowiedź (zwłaszcza w szerszym kontekście klimatu rozmowy osadzonego w zdaniu pierwszym) sugeruje, że dzieci są wyłącznym powodem, przyczyną i ogniskiem wszelkich działań i motywacji kobiety. Owszem, ponownie powtarzam z całym przekonaniem, że macierzyństwo jest bardzo ważną rolą a nasza odpowiedzialność za dzieci, które przecież powołałyśmy do życia jest niezaprzeczalna. Ale czy naprawdę już ja jako człowiek, indywidualna istota, nie liczę się bo mam dzieci?
Trzecia wypowiedź jest ponownie sprowadzaniem całego krajobrazu psychicznego kobiety do dzieci. Tak, dzieci są szczęściem, ale posiadanie dzieci nie uodparnia magicznie na problemy i choroby - a wśród nich na depresję.
Nawet Steven Pinker, znany psycholog i kognitywista, zauważył, że cyt. "Nawet adwokaci praw matki często uważają, że muszą formułować swoje argumenty w kategoriach interesu dziecka (przeciążona matka jest złą matką) a nie w kategoriach interesu matki (przeciążona matka jest nieszczęśliwa)."


.gif)





