Dzisiaj byłam u mojej ditetyk.
Przeczuwałam, że przytyję, ale nie sądziłam, że waga wskaże o 1,4 kg więcej. Załamałam się i wyszłam od niej z płaczem.
W zeszłym tygodniu były urodziny mojej babci i pozwoliłam popaść w słodkiej drodze mlecznej i wypiłam energetyka.
Czuję, że coraz bardziej siebie nie rozumiem, skąd się bierze ta ochota na grzech jakim są słodycze.
Kiedyś,gdy miałam wagę w domu to ważyłam się codziennie na czczo.
To chyba obsesja? Czy mi się tak jedynie wydaje?
Miałam bulimię. Obżarstwo i potem zwracanie tego do WC dawało mi w pewnym stopniu satysfakcję.
W końcu należałam do ruchu Pro Ana.
Przyznam szczerze, że trochę za tym tęksnię. Za tymi rozmowami z innymi motylkami i wspieraniu się...
w dążeniu do ideału.
Ale przecież nie ma ideałów. Wtedy zupełnie inaczej się czułam, lżej, ciężko mi się nie szło. Czułam, że żyję.
A teraz chcę umrzeć, gdy widzę, że waga wzrosła.
To dla mnie porażka. Nie wiem co mam zrobić ze sobą, aby było lepiej.
Mówię sobie, że skatuję siebie na siłowni... ale ciężko tak, gdy jest dużo ludzi.
To moje pytanie - czy waga i swój wygląd zewnętrzny może być obsesją?
Taką cienką linią między miłością a nienawiścią siebie samej..?
w 2015 byłam bardzo szczupła, ale przez bulimię doszłam do pogranicza Pani Any.
Zdecydowanie lepiej mi się wtedy żyło, rozmawiało, śmiało.. niz obecnie.
Brak akceptacji siebie może zaprowadzić aż do takich chorych stanów?
stanów, które siedzą Ci w głowie - w psychice ludzkiej?
Użytkownik Moniko02 edytował ten post 15 września 2022 - 17:51


.gif)





