Skocz do zawartości



Zdjęcie
- - - - -

odp dlaczego nie znoszę szpitali i specjalistów stamtąd


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
4 odpowiedzi w tym temacie

#1 Speedy95

Speedy95

    Szczur lądowy...

  • Bywalec
  • 4958 postów
  • Imię:Michał
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:okolice Gryfina

Napisano 16 maj 2020 - 17:02


1. pobyt z 2015 (jeden z trzech które idealnie pamiętam bo tamtych poprzednich 2 nie pamiętam bo były w czasach dzieciństwa..):

W styczniu pierwszy pobyt w szpitalu psychiatrycznym od dawna z diagnozą „organicznych zaburzeń nastroju” w szpitalu dostaje się na jeden
z oddziałów ogólnego tam najpierw to, że pewnego razu obudziłem, się w nocy słyszę krzyki oraz śmiechy widzę krew, na podłodze potem
dowiaduje się, że jedna osoba się naćpała, dowiaduje się, że to jeden z pacjentów, który był u mnie, w sali potem niestety
głupotę popełniłem, mówiąc koledze którego, kochałem, że ten typ, który się naćpał, został moim kolegą, bo chciałem, mu pomóc
czego teraz żałuje... Potem następnie zmieniam oddział, co było błędem, bo na innym oddziale jestem, źle traktowany przez
pacjentów pewnego razu jeden z pacjentów otwiera okno, cały spocony zaczynam chorować, na grypę potem zaczyna się dramat, czyli?
To, że przez pewien czas wstać nie mogę z łóżka, nie wiem na jak, długo straciłem orientacje w czasie i zawroty głowy, które pielęgniarki
przy matce nazywają udawaniem i zmiana oddziału jest lepiej, za jakiś czas wychodzę. Wychodząc, dostaję nową diagnozę „organiczne
zaburzenia osobowości z odczynem depresyjnym”,

2. pobyt z 2015-2016:

jestem tam, 2 tygodnie wychodzę 11 stycznia 2016 roku (czyli około 17 dni jestem najpierw na tym oddziale, na którym
byłem wcześniej, a potem na zupełnie innym) nie błędnie jak napisałem we wcześniejszej wersji 14 stycznia - i cóż tam uczę się palić
papierosy, przepisy jak się okazuje uległy zmianie, nie można dać telefonu, do recepcji i cóż pewna zmiana we mnie zachodzi - choć tu też zależy... -
wtedy też spotykają mnie przykrości... Tym razem, ze strony pacjentów, czyli? Jednego razu, moje łóżko zostało wywiezione, moja prywatna własność
konkretniej jedna rzecz została zniszczona, przez pacjenta jednego inny okradał innych oraz masa przykrości po zmianie oddziału
na krótko przed wyjściem muszę jednemu panu, który był na poprzednim oddziale załatwić paczkę tytoniu P&S i maszynkę by sobie robił
papierosy, bo on mi żyć nie daje, przeżyłem te ciężkie chwile dzięki koledze w którym, byłem zakochany, poznałem go na necie, niestety
musiałem mu powiedzieć, że nie będę z nim, bo nic do niego nie czuję prawda, była inna, otóż bałem się ojca, wiedziałem, jak on
zareaguje, wiedząc, że ma syna biseksualnego, bo gejów nie akceptuje to, jak, miałby on zaakceptować biseksualistę? Taka prawda...
taka prawda, że od 2015 roku wszystko on mi krzyżował... Co do okresu szpitalnego no to jak pisałem, wychodzę 11 stycznia potem dalej

3. pobyt z 2019 (ostatni bo nikt mnie nie namówi bym tam poszedł!)

Cóż pierwsze dni w szpitalu to był dramat, byłem na pododdziale innego oddziału niż wcześniej.
Tak szczerze najpierw potem na najwyższym pododdziale tamtego oddziału cóż na początku byłem z kilkoma, typami jeden młodszy.
Drugi trochę starszy, pozostałych nie pamiętam. Nie wiem może teraz to zmęczenie?
- Bo dzisiaj no to muszę, przyznać wyjątkowo zmęczyłem się, wszystkim -  ale mniejsza o to jeden z chłopaków przestraszył,
mnie już na samym początku, pamiętam, on spojrzał, na mnie i moje rany powiedział - byłeś w piekle? -
czy jakoś tak ja potem, płakałem, cały czas, płakałem, potem kolejna sytuacja taka stresowa chyba kilka dni w przód no to cóż on mi powiedział
o swoim ojcu, że on czuje niechęć do chorych no i cóż wpadłem w ogromny lęk, że mogę być wrobiony w to, że niby przywłaszczyłem jego spodnie
(nienawidzę złodziejstwa, bo już kiedyś - mnie - okradziono), bo on oddał je, innemu pacjentowi. Bałem się, kłopotów wiem to tchórzowskie
zachowanie, ale bałem się naprawdę, tego wszystkiego następnie no to cóż inna pacjentka postanowiła mi pomóc zmienić sale potem kolejna inna sytuacja już w nowej sali to kradzież moich kilku rzeczy przez innego pacjenta następnie najpierw jednej za dnia, a potem w nocy kilku
no i cóż wtedy w nocy - ja wpadam w strach - wychodzę z sali, myślę kto, to no i cóż wracam, do starej sali, widzę na stole torebka patrze -
moje rzeczy - no i cóż biorę bez pytania... bo wiadomo... jakie to złodziejstwo w ogóle? Jakie to złodziejstwo w ogóle odzyskać swoje rzeczy?
Po mojemu żadne potem jeszcze awantura innych pacjentów, bo innych też okradziono no i ja dostaje ataku płaczu
i cóż przepraszam personel, za moich kolegów by nic gorszego z tego nie było potem kolejna sytuacja to cóż papierosy, których nie miałem, a czułem głód nikotynowy.
a że byłem pokłócony z kilkoma osobami, ponieważ „koleżanka”, która ułatwiła mi zmianę sali na inną, w której zresztą był diler narkotykowy...
Oraz typek, który jest ze mną potem za 7 miesięcy w ŚDS i 2 inne osoby, czyli typ, który kolega, którego powinienem się, posłuchać niestety
nie posłuchałem się i cóż pokłóciłem się z tą koleżanką, ponieważ ona robiła niezbyt dobrze papierosy, bo moja zwijarka jej nie pasowała
a ja bibułek oraz filterków nie miałem i ona wydarła się, że jak jej papierosy mi
nie pasują to bym, zwijał sobie z gazety i próbowałem, bo tytoniu resztki miałem no i nie wyszło, potem poszedłem, pewna ponura pani, dała mi...
co dała... potem paliłem papierosy z popiołki no bo nie miałem...
A że nie miałem od kogo, pożyczyć no to postanawiam, że po proszę, pewnego pacjenta z sali by kupił mi fajki i ja mu oddam
- tak, nawiasem mówiąc, pacjenta, z którym potem jestem w ŚDS, tak tego samego, o którym piszę wcześniej... -
jak będę mieć, kasę on mi kupuje i fajki i żel pod prysznic - bo ja nie miałem czym się myć i od niego pożyczałem -
i cóż mi on kupił, ale osobie, od której pożyczył kasę, nie kupił niczego - tej koleżance - ja miałem kasę, bo miałem
odwiedziny, o które naprawdę błagałem i ogólnie kombinowałem jak je mieć i kombinowałem jak oddać i nie paść ofiarą nikogo
no i jak jakoś wykombinowałem i oddałem mu, jakoś potem przeszedłem na stronę tej koleżanki, która pomogła załatwić
mi przenosiny na inną salę, ponieważ to on był winny, bo jak się dostaje, kasę na rzeczy to się załatwia
te rzeczy taka prawda nie inaczej bo inaczej to jest niezbyt, eleganckie zachowanie. Niestety szczerze mówiąc
szkoda mi kolegi, ale naprawdę bałem się jej... zresztą tego dilera też... bo raz z nim dyskutowałem o religii
no i on na mnie naskoczył, że świętych na ziemi nie ma... i bałem się go, oddawałem mu, jedzenie, byleby, on nie był na mnie wściekły.
no i potem i tak koleżanka okazała się, taka, że szkoda gadać przez to, że musiałem dla niej
załatwiać jedzenie, ponieważ bałem się jej i to jaka ona jest najzwyczajniej w świecie, że tak powiem wredna, dostaję się
na inny oddział, dzięki lekarzowi no i na krótko po tym. Dostaje od niej sms, który mnie zaszokował.
Potem jej odpisuje, próbuje jakoś uspokoić, to wszystko - nie da się -
następnie no to cóż następna sytuacja, no to taka, że gdy prosiłem siostrę o pomoc - bo tamta koleżanka na mnie się
naskoczyła - no to moja siostra się na mnie się wkurzyła, następnie dostałem ataków płaczu, czego personel się przestraszył.
W sumie miała racje, bo ja zadzwoniłem, gdy ona nie miała czasu - i teraz jej to w sumie wybaczyłem... -
potem jeszcze wymiotowałem mało tego potem biegunki i musiałem jeść kleik - który dobrze, że mi w sumie podano -
by ją zatrzymać oraz dostałem Smecte, potem następnie no to cóż było w sumie dobrze, ale do czasu...
Bo najpierw były miłe wydarzenia, czyli zatrzymanie problemów gastrycznych oraz terapia zajęciowa w postaci
robienia rzeczy z modeliny, oraz to, że dałem jednej osobie, 2 wiersze jej się spodobało ona, dała to pewnemu
starszemu panu, potem no i niestety potem się popsuło, bo były wyzwiska ze strony jednej z pacjentek
tzn. nazywanie mnie p*, bo ja samego siebie rzekomo nie szanowałem no i fakt zdarzyło mi się samego
siebie zwyzywać (przez bardzo niską samoocenę - chyba wywołaną poprzednią sytuacją związaną z koleżanką z innego oddziału)
potem jeszcze czepianie jej czemu ja przychodzę do palarni i bałem się z nią przebywać oraz jeszcze poza tym cóż
był wybuch szału, jednej z pacjentek po społeczności ja schroniłem się w swojej w sali i miałem lęki, następnie osuwać się zacząłem.
zauważył, to jakiś inny pacjent, który mnie złapał mnie bym, nie upadł, następnie kazał się, położyć więc położyłem się i płakałem.

Poza tym jeszcze dalej no to cóż to nie wszystko potem na krótko przed wyjściem ze szpitala
jestem wciągnięty w awanturę 2 pacjentek jedna ta od wyzwisk druga ta od tekstów i cóż dowiaduje się
wiele rzeczy, o tamtej od wyzwisk jestem przyciskany coraz bardziej i w końcu postanawiam być neutralnym
i załatwiam u lekarza tak, że mówię mu wszystko, on postanawia, że dla mojego dobra muszę wyjść ze szpitala, bo z jednej strony
jest poprawa, z drugiej sensu, by tam mnie, trzymać brakowało i 26 marca wychodzę do domu. Naprawdę, ucieszyła mnie jego decyzja
no i cóż zaszły zmiany w moim życiu.


i sorry ale mam psychiatrykofobie zatem proszę mi psychiatryków nie proponować.


Nie po to jesteśmy mózgiem obdarzeni by godność swą na drobne zamienić 
Ty mi pomożesz i ja ci pomogę raźniej będzie walczyło się z wrogiem 
Bo czasy srogie ja dam lek na zmęczoną duszę Ewenement Selecta
Vienio i Pele - To dla moich ludzi feat Gutek, Luis.

#2 Le Pentrec

Le Pentrec

    Cham i tłuk, granatem oderwany od pługa!

  • Bywalec
  • 2155 postów
  • Płeć:Nie ustawione
  • Lokalizacja:Melina 69, 00-666 Rynsztok

Napisano 18 maj 2020 - 21:27

Szpitale to totalny syf. Po każdej odsiadce wychodziłem w gorszym stanie niż wchodziłem. Lekarzyna prowadząca (lekarzem nie nazwę) wpadnie z rana (albo i nie) zada kilka zdawkowych pytań (na które odpowiedzi i tak olewa) i spieprzaj pan. W szpitalu nie jesteś konkretną jednostką. Jesteś jednym z kilkunastu lub kilkudziesięciu wariatów (z takim określeniem wielokrotnie się spotkałem ze strony personelu) na oddziale i jak wariat siedzi cicho (niezależnie od tego czy czuje się dobrze czy źle) to lekarzyna uradowana. A jak wariat śmie mieć jakieś "ale", to naszprycować końską dawką byle czego, aby się przymknął. Ważne żeby nie miał żadnych obiekcji. Niezależnie czy naprawdę nie ma, czy też jest już w tak złym stanie że nie może powiedzieć słowa. Całe szczęście że ten koronasyf jest, to udało mi się uniknąć kolejnej odsiadki.


  • d z i k a lubi to

#3 hawwa

hawwa

    jestem jaka jestem :O)

  • Bywalec
  • 4620 postów
  • Płeć:Kobieta

Napisano 19 maj 2020 - 12:11

@Le Pentrec  wróciłeś  :rolleyes:  :wub:  :wub:


  • Wisienka770330 lubi to
"Świat należy do ludzi, którzy mają odwagę marzyć i ryzykować, aby spełniać swoje marzenia. I starają się robić to jak najlepiej." Paulo Coelho

#4 sebastian86

sebastian86

    Średniozaawansowany

  • Bywalec
  • 161 postów
  • Imię:Sebek

Napisano 20 maj 2020 - 18:07

ja zle wspominam szczegolnie pobyt na oddziale nerwic w jednej z warszawskich placowek. nie czulem sie tam bezpiecznie,nie mialem poczucia ze lekarze i terapeuci sa zaangazowani w leczenie. jak sie dostawalo ataku silnego lęku to proponowali posluchac kasety relaksacyjnej



#5 titanic

titanic

    Zadomowiony

  • Bywalec
  • 5180 postów
  • Płeć:Nie ustawione

Napisano 20 maj 2020 - 19:58

Bez wsparcia rodziny i wzbudzenia zainteresowania hospitalizowanym u lekarzy (różnymi metodami) czarno widzę pobyt w takiej placówce.

Warto też na wszelki wypadek leczyć się u lekarza, który działa w lokalnym szpitalu.

Ale to tylko takie moje przemyślenia...


CHAD- ...i wszystko jasne...?
Jeżeli uważasz, że określają kogoś 3 lub 4 litery to znaczy, że ?
//////////////////////////////
Pożyję ile się da, a jak się nie da to też to  jakoś przeżyję.





Podobne tematy Collapse

  Temat Forum Autor Podsumowanie Ostatni post

Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych