Skocz do zawartości



Zdjęcie
- - - - -

Żałoba i bunt wobec wiary


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
1 odpowiedź w tym temacie

#1 Bezradosny

Bezradosny
  • Płeć:Nie ustawione

Napisano 26 luty 2019 - 01:14


Jestem nowy na forum, choć wchodzę na nie od lat, bo mija już dziesięć lat, od kiedy zmagam się z depresją i lękiem uogólnionym. Może kiedyś opowiem o jej początkach. Teraz to akurat nie jest aż tak istotne. Gdy tylko pojawiły się pierwsze oznaki choroby, sam z własnej woli poszedłem do psychiatry, potem psychologa, regularnie biorę leki i ogólnie było można by rzec dość dobrze. Trochę pozmieniałem w swoim życiu. Przed chorobą byłem osobą bardzo wierzącą (wyznanie katolickie), potem przyszedł kryzys wiary, choć lepiej można by to nazwać kryzysem związanym z instytucją kościoła - ciągłe straszenie wiernych, skandale, schizofreniczne mówienie wiernym, że Bóg ich kocha, jest najlepszy, ale z drugiej strony zsyła na nich cierpienia, bo taki jest przejaw Jego miłości. Do tego wszystkiego doszedł brak akceptacji orientacji innej niż heteroseksualna, a ja od początku dojrzewania wiedziałem, że jestem gejem i każdego dnia marzyłem, aby ktoś mnie pokochał, a ja pokocham jego, tylko że czułem i czuję wciąż odrazę do wszelkich spraw związanych z seksem. Przez lata bliskiego kontaktu z nauką kościoła katolickiego nabrałem wstrętu do aktywności seksualnej, była ona dla mnie czymś grzesznym, brudnym, wręcz obrzydliwym. Oczywiście odczuwałem tego rodzaju potrzeby, ale tłumiłem je w sobie, a to z kolei niszczyło moją psychikę. Nawet gdy, nazwijmy to, zgrzeszyłem, było jeszcze gorzej, bo czułem się niegodnym miłości Boga, skazanym na karę, którą straszono wciąż w kościele. Po kilkunastu latach odsunąłem się od kościoła, zacząłem szukać miłości, choć z moim podejściem do sprawy było to trudne. Cały czas jednak Bóg i wiara pozostawały dla mnie ważne. Zmieniłem wyznanie na protestanckie (luterańskie). Odnalazłem w nim to, czego szukałem w sprawach wiary. Trwało to do momentu choroby mojej ukochanej Mamy, z którą byłem od dzieciństwa bardzo związany. Nie będę się o Niej rozpisywał teraz, ale trudno wyobrazić sobie lepszą, bardziej wyrozumiałą, kochającą, oddaną i wspaniałą MAMĘ. Nowotwór zaatakował niespodziewanie (jak u każdego, kto na to cierpi). Okazało się, że jest złośliwy w wysokim stopniu (w skali od 1 do 4 było to 3). Potem bardzo skomplikowana i długa operacja (na szczęście udana), wyniki obiecujące mimo wysokiego stopnia złośliwości, potem chemioterapia i niestety złe wyniki odpowiedzi na leczenie, a po dwóch tygodniach Mama zmarła, bo w międzyczasie rozwijał się i rozsiewał zupełnie inny nowotwór złośliwy, którego lekarze po prostu nie zauważyli. I to on zabił Mamę. A ja? Zacząłem obwiniać siebie od początku choroby... Że to przez moją orientację i próbę szukania miłości, przez zmuszanie się przeze mnie do kontaktów seksualnych byleby tylko nie być samemu, przez moje odejście od kościoła katolickiego. Poszedłem do spowiedzi, wyznając moje dwa grzechy: nieczystość i odejście od kościoła. Podpowiadało mi to sumienie, długie dni refleksji. Zacząłem codziennie chodzić do kościoła, przystępować do komunii, odmawiać różaniec, zamawiać msze w intencji powrotu Mamy do zdrowia (odprawiło się ich około 30), kilkumiesięczne nowenny, moje samotne pielgrzymki do słynących łaskami miejsc, Sakrament Chorych (dwukrotny), przyjęcie Szkaplerza. Wyliczać mógłbym wiele... Niestety Mama odeszła, wycieńczona chorobą. Do ostatniej chwili walczyliśmy o Nią... Pędziłem 150 km/h, wioząc ją do szpitala odległego ponad 100 km od naszego miejsca zamieszkania, bo w lekarce, którą znaleźliśmy, pokładałem ogromną nadzieję, a całą drogę odmawiałem różaniec. Po konsultacji z nią (11 lutego - wspomnienie Matki Bożej z Lourdes - Światowy Dzień Chorych) pojechałem od razu do Sanktuarium poświęconego Matce Bożej z Lourdes, aby modlić się o cud uzdrowienia Mamy. Przez kilka miesięcy choroby Mamy modliłem się prawie bez przerwy, opiekując się Nią do końca. Każdego dnia byłem przy Niej, gotując Jej posiłki zgodne z dietą, zamawiając drogie suplementy diety (ponoć leczące raka), na które wziąłem pożyczkę. Całą nadzieję pokładałem w Bogu, czytałem fragmenty Biblii o cudownych uzdrowieniach, których dokonał Chrystus i modliłem się, prosząc o łaskę zdrowia dla Niej. Cały czas było coraz gorzej. No i stało się. Nad ranem, 14 lutego, odeszła. Oczywiście najpierw zadziałała adrenalina... wszystko pozałatwiałem sam w ciągu niespełna godziny. Nawet kremacja odbyła się tego samego dnia, a zwykle czeka się na nią 2-3 dni. Klęcząc, żegnałem się z Nią i dziękowałem za prawie 40 lat miłości, którą mnie obdarowała. Część Jej Prochów zostało odsypanych do relikwiarza stojącego w domu oraz do serduszka, które noszę na łańcuszku. Dzięki temu jest łatwiej. Mam Ją cały czas przy sobie, rozmawiam z Nią o codziennych sprawach. Tylko odpowiedzi brak. A moja wiara? Bunt, bycie jak głaz... Na różańcu czy w kościele nawet pół słowa modlitwy z siebie nie wydobyłem. Po prostu zaciąłem się. Z jednej strony wierzę mocno w to, że po tej drugiej stronie się spotkamy, ale dlaczego Bóg mnie nie wysłuchał, tak bardzo wierzyłem i gorąco się modliłem. Dlaczego ja nie doświadczyłem tego cudu, o którym tak wiele osób składa swoje świadectwa? Dlaczego mi nie było dane choć te 5 lat Jej życia, o które błagałem? Wszystkim wokół mówiłem, że wierzę, że zostanie uzdrowiona, a większość wątpiła. Mama wierzyła ze mną i co? Usłyszałem, że Bóg tak chciał, że Ci dobrzy szybciej odchodzą, aby nie cierpieć, a źli swoją nagrodę mają w doczesności. Nie wiem już w co mam wierzyć, jestem skołowany, bezradny. Nie umiem już chyba wierzyć, wypaliło się we mnie to wszystko. Dlaczego nie zostałem wysłuchany? Wiara mnie zawiodła, po co mi ona? Mam być szczęśliwy, bo zostało zesłane na mnie cierpienie? Z drugiej jednak strony ufam, że niebawem się spotkamy w tym lepszym świecie.

Chyba popieprzyło mnie już do końca. Targają mną sprzeczności.

 

Przepraszam za tak długi post. Musiałem to z siebie wyrzucić. Nie wiem, co będzie dalej. Mam tylko nadzieję, że się spotkam z Mamą i już zawsze będziemy razem.



#2 molenka

molenka
  • Płeć:Kobieta

Napisano 26 luty 2019 - 08:38

Cześć Artur!

Bardzo mi przykro, współczuję. 

Czas choroby Twojej Mamy, a teraz Jej strata to bardzo bolesne doświadczenia. Podziwiam Cię, że tak wspaniale się Nią opiekowałeś.

Przechodzisz żałobę, a złość to jeden z jej elementów. Pomyśl może o skorzystaniu z pomocy psychoterapeuty.

 

Jeśli chodzi o Twój "bunt" wobec Pana Boga, to dobrze byłoby porozmawiać o tym z jakimś kierownikiem duchowym.

Wiesz dobrze, że Pan Bóg to nie złota rybka - życzeń nie spełnia na żądanie, nie wchodzi w układy i to Jego wola, a nie nasza się stanie. Niezbadane są wyroki Boskie i trudno je tak po ludzku zrozumieć. 

Módl się o pokój w sercu i proś o uzdrowienie. Ja też obiecuję pamiętać o Tobie w modlitwie.

Pamiętaj też, że obdarzyłeś Mamę wielką miłością i troską, uszczęśliwiałeś Ją w czasie choroby. Było jej o wiele łatwiej zmagać się z cierpieniem. To było bardzo dobre :) I z pewnością spotkacie się w Niebie :) 


  • Daniela2018 lubi to
Dołączona grafika





Podobne tematy Collapse

  Temat Forum Autor Podsumowanie Ostatni post

Użytkownicy przeglądający ten temat: 1

0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych