Jeśli ten post bardziej pasuje do pokoików prywatnych, to proszę o przeniesienie.
Już kiedyś tu pisałam, potem zniknęłam, ułożyłam swoje sprawy w miarę... i znowu jest tak źle, że nie wyobrażam sobie dalszego życia. Bardzo, bardzo bym prosiła o przeczytanie tego tekstu mimo jego długości i chaotyczności, każda opinia, rada, co robić w tej sytuacji będzie dla mnie cenna, bo ja już naprawdę nie wiem...
Dostałam się na studia wymarzone od lat, oblegane studia - japonistykę w Krakowie. Cieszyłam się, że wyrwę się z domu (gdzie byłam w nieustannym konflikcie z mężem mojej mamy) i będę się zajmować tym, co mnie najbardziej interesuje. Po raz pierwszy w życiu byłam z siebie dumna, nie uważałam się za beznadziejną. Przeprowadziłam się i... zaczęło się. Bardzo rozczarowałam się poziomem nauczania - na porządku dziennym są zajęcia nic nie wnoszące, prowadzone bez pomysłu albo przedyktowywane z wikipedii. Cały czas prześladuje mnie wrażenie, że więcej nauczyłabym siadając w domu z książką i chodząc na kurs. Od początku nie mogłam znaleźć języka z ludźmi. Jest nas tylko 20 na roku, i do większości nie mogę po prostu się przekonać, już stworzyli zamkniętą grupkę. Do tego na porządku dziennym są kpiny i obgadywanie osób, które się mylą, radzą sobie z nauką gorzej, a mnie nie idzie teraz szczególnie dobrze. Po prostu boję się tam przychodzić i nie wyobrażam sobie spędzenia tych 3 lat tam. Kiedy wspinam się na 4. piętro obdrapanej kamienicy, każdy schodek wydaje mi się nie do pokonania... Miałam na roku jedną dziewczynę, wydawała mi się bratnia duszą pośród tych wszystkich ludzi, ale niestety, w jej życiu zebrało się mnóstwo smutnych okoliczności, wpadła w depresję i zrezygnowała ze studiów. Przez parę miesięcy była na zwolnieniu lekarskim z powodu choroby, żyłam nadzieją, że wróci i będziemy się trzymać razem, ale niestety.
Przez to wszystko od samego przyjazdu mam problemy ze snem. Najpierw budziłam się co godzinę, potem o 3-4 i nie mogłam już zasnąć, aż wreszcie w ogóle przestałam spać. Parę dni byłam na zajęciach od rana do wieczora bez godziny snu, na kawie, energetykach. Próbowałam różnych ziółek, łagodnych preparatów, nic nie dawały. Kiedyś byłam w stanie normalnie sypiać, jak wracałam do domu, teraz tam też usnęłam dopiero, gdy przytuliłam się do mamy. Nadal mam problemy ze snem. Byłam u psychiatry i powiedział, że jestem zbyt rozstrojona na terapię póki co. Znowu biorę leki, które brałam przez parę ostatnich lat, i dostałam jeszcze jedne, również antydepresyjne i wspomagające sen. Moment pójścia spać budzi ataki paniki, że historia się powtórzy, znowu będę zmuszona do wysiłku ponad siły. Przez to, że byłam wiecznie niewyspana i nie ogarniałam rzeczywistości, ludzie na uczelni śmiali się ze mnie, czuję, że już sobie wyrobiłam etykietkę.
Czuję się tak zmęczona, najchętniej położyłabym się do łóżka i spała, spała, spała.
Nie umiem się zająć niczym innym, niż nauką i rozważaniem swojej sytuacji. Próbowałam wielu rzeczy, tak wiele mogłabym zrobić przecież - poczytać książkę, pooglądać serial, spróbować coś ugotować... Tyle że nawet podczas tych czynności myślę tylko o jednym. Od 3,5 miesiąca nic nie jest w stanie mnie wyrwać z tej beznadziei chociaż na chwilę. Ja naprawdę nie chcę się w tym zamykać, chcę się czymś innym zająć, ale te myśli są silniejsze. Do tego wszystkiego dochodzi straszliwa nerwica natręctw, z którą zmagam się od lat. Mam okropny strach przed niewyrobieniem się - ciągle planuję, zapisuję listy, kiedy sprzątać, kiedy zrobić pranie, kiedy się spakować. W domu byłam rozpieszczana i wiele rzeczy było robione za mnie, a teraz trudno mi się przestawić i zacząć wszystko organizować samej.
Czuję się tak strasznie samotna, że widok wszystkich roześmianych, idących parami/grupkami na ulicach wywołuje łzy w moich oczach. Przez stan, w którym teraz jestem, boję się odzywać do kogokolwiek, bo nie mam innego tematu, niż swój dół, a wiem, że ludzie mają ograniczoną cierpliwość i mogę ich tym zrazić. Nigdy nie brylowałam w towarzystwie, miałam jednak najlepszą przyjaciółkę, paru znajomych ze szkoły, paru znajomych spoza i wystarczyło mi to. Jestem w związku na odległość - mój chłopak mieszka we Wrocławiu. Kocham go i jestem w stanie stwierdzić, że to osoba, z którą chcę spędzić życie. Jest cierpliwy, wyrozumiały dla mnie, nawet teraz. Tylko kiedy jestem z nim czuję się szczęśliwa i spokojna. Wiem, że nie jest żadnym rozwiązaniem uzależniać się od faceta, ale czuję, że gdyby był obok wszystko byłoby inaczej. Gdybym mogła wstać rano z przeświadczeniem, że zobaczymy sie na godzinkę między zajęciami, zjemy razem obiad... Tęsknię za najlepszą przyjaciółką, którą dotąd miałam obok siebie na codzień, za rodzicami. Boję się, że jeśli ten stan będzie trwać, to stracę wszystkie dotychczasowe znajomości, ludzie zniechęcą się do mnie i znowu będę sama.
Nie mogę przyzwyczaić się do swojego pokoju tutaj, wciąż wracam myślami do mojego pokoju w domu. I do mojego życia w liceum, które było naprawdę fajne, i które nigdy nie wróci. Mam napady paniki w miejscach publicznych.
Znowu zaczęłam myśleć o samobójstwie, kiedy byłam u chłopaka w jakimś szale wyjęłam garść tabletek.
Niby uczę się do sesji, ale czuję, że straciłam całą radość wynikającą z nauki japońskiego. Panicznie boję się rozczarować rodziców, lekarzy, którzy mieli naprawdę ciężkie studia, a dali sobie radę.
Najgorsze, że całe życie dotychczasowe miałam na oczach klapki 'japonistyka', nie zajmowałam się hobbistycznie właściwie niczym innym, nie rozważałam innego kierunku swojej kariery. Nie wyobrażam sobie tych studiów kontynuować, przynajmniej nie w tej chwili, nie w takim stanie. Nie dam rady tak wytrzymać 3 lat, czuję, że te studia zabijają we mnie pasję. Jednocześnie nie mam żadnego innego pomysłu na przyszłość, czytam tylko, że po kierunkach humanistycznych bezrobocie, a ścisłowca na siłę z siebie nie zrobię.
Chaotyczne to, ale mam nadzieję, że ujęłam wszystko. Bardzo proszę o rady.
Użytkownik rabbithearted edytował ten post 24 styczeń 2012 - 19:03

Pomoc






