Nie wiem jak to się stało. Dostałam się na wymarzoną uczelnię, na wymarzony kierunek, nie bez problemów i nie tak od razu oczywiście, bo jakoś z górki w życiu nigdy nie miałam, zawsze o wszystko musiałam walczyć bardzo, ale jednak. Nawet na dwa kierunki. Jakoś tak wyszło. Po jakimś czasie rzuciłam ten drugi kierunek, bo zauważyłam, że nie mam z niego satysfakcji zbyt dużej, a do tego koło na kole powoduje obciążenie dość znaczne psychiczne i fizyczne. Po prostu stwierdziłam, że nie warto się tak zajeżdżać. I nie wiem kiedy, nie wiem jak to się stało, mam wrażenie, że spałam przez ten cały semestr, a teraz się obudziłam, patrzę, i widzę, że wszystko schrzaniłam. Że jadę po bandzie, że zaliczam ledwo na te słynne 3, że może nawet nie zaliczę tych najważniejszych wcale, co nie znaczy, że teraz nie mam w tle wykładu otwartego i że się poddaję.
Mój przyjaciel, z którym mam największy kontakt w mieście, w którym się uczę, jest chyba coraz bliżej samobójstwa. Dzisiaj dał mi zaszyfrowany algorytmem list "w razie gdyby miał wypadek". Boję się. Że tego już bym nie wytrzymała. Że 3 miesiące temu moja 19-letnia koleżanka zmarła, to była pierwsza śmierć jaką kiedykolwiek przeżyłam, a zarazem najgorsze chwile w moim życiu, kiedy się dowiedziałam i kiedy byłam na pogrzebie. W czwartek byłam u psychologa w końcu. Moment, w którym spytała o tą śmierć, którą w ogólnikach wymieniłam na samym początku była najgorszym ze wszystkiego, co musiałam z siebie wyrzucić. A właściwie nic nie potrafiłam powiedzieć. Nic. A ten przyjaciel tutaj moderatorem jest. I wcześniej byłam spokojniejsza jak czasem przeczytałam co pisze w pokoju prywatnym, a teraz skasował, bo ktoś zaczął czytać, bo coś tam coś tam. I teraz nie wiem co z nim, w tej chwili na przykład. Nie wiem czy nie przyjdę jutro na uczelnię, a jego już nie będzie.
I to wszystko nie byłoby takie straszne, gdybym nie miała takiego przerażającego wrażenia, że jakoś mało osób mam wokół. Że moi przyjaciele są daleko, w Toruniu, w Łodzi. A we Wrocławiu nie wiem ile, wczoraj próbowałam to sprawdzić, ocenić jakoś. Napisałam sms do 10 osób, które uważałam za najbliższe, najbardziej zaufane. 1 osoba z nich faktycznie wyjdzie jutro (mam nadzieję) ze mną pogadać. Pozostałe 9 uczy się, nie ma czasu, nie ma kasy. Z drugiej strony 2 osoby od razu po napisaniu smsa wyskoczyły z tramwaju i przyszły do kawiarni, a parę osób pominęłam z jakichś tam przyczyn, ale i tak mam jakieś takie poczucie, że jestem sama. I to właśnie usłyszałam od psycholog. "Ty się czujesz opuszczona, samotna." Ameryki pani nie odkryła, ale bardziej dotarło do mnie. I wtedy wymyśliłam, że te 10 smsów wyślę, żeby sprawdzić, czy to ja się nie staram wyjść, bo się zamknęłam w sobie, czy jednak jakoś nie mam z kim. Nie wiem. Dalej nie wiem. Przecież te 2 osoby wyszły. I przecież w środę, jak już nie wytrzymałam do czwartku do wizyty i poszłam prosto przed siebie, do kolegi, to on wyszedł na dwór. I siedział ze mną bite 2 godziny. I jeszcze się upewnił czy na pewno wsiadłam do dobrego autobusu, bo poprzednim razem mu nie wyszło. I czekał aż się uspokoję. I słuchał. A jednocześnie w nikim nie mogę znaleźć takiego oparcia jakie bym chciała. Żeby przyjść, przytulić się i czekać aż przejdzie. Bo każdy już kogoś ma. Bo każdy ma już swój świat.
Jak ja mam się z tego wygrzebać? Widzę, że idę tą samą drogą co mój przyjaciel, widzę, że robię dokładnie to samo, co on jeszcze parę miesięcy temu kiedy nie było tak źle, a ja mu wypominałam, że nie może tak robić. A teraz sama nie śpię po nocach. Sama nie mogę się skupić na niczym. Sama zaczynam się obwiniać, czuć beznadziejna itd. Chcę walczyć. Walczę. Próbuję wychodzić znowu do ludzi. Próbuję zaliczać te egzaminy, uczyć się, szukać pozytywów. Ale nie widzę, nie idzie mi, jest ciężko. Wiem, nikt nie mówił, że życie będzie łatwe, ale mam wrażenie, że niedługo zabraknie mi sił... Moja najbardziej pozytywna myśl jest chyba taka, że kiedyś, jak byłam w gimnazjum, jak był ten głupi okres i też miałam takie załamki, to chyba wytworzyłam dość silną barierę przed myślami samobójczymi i samym samobójstwem. I tylko to mnie pociesza, że prawdopodobnie nie muszę się bać, że to zrobię.
I chyba trochę przegięłam z rozpisywaniem się...

Pomoc







