Tak jak w temacie. W moim mniemaniu miłość miała być czymś takim, że będę latał z chmurki na chmurkę, każdego dnia był zadowolony i w skowronkach adorował swoją kobietę. Niestety tak nie było. Poznałem dziewczynę D. Związaliśmy się w taki oto sposób, że zostawiłem swoją wcześniejszą dziewczynę po części dla D. dlatego, że stwierdziłem że jeżeli ktoś mnie wybitnie sobą zainteresował to nie będzie to uczciwe jeśli będę trwał w poprzednim związku. Dosyć szybko związałem się z D. W zasadzie wszystko było dobrze. Ja standardowo okazywałem swoje zainteresowanie jedynie poprzez chęć spotkań, tego typu propozycje. Cała reszta jakoś przychodziła z czasem, zacząłem być nieco milszy, czasem zrobiłem jej jakiś obiad jak do mnie przyszła. A z drugiej strony bardzo mnie irytowała. Była straszliwie próżna, nie traktowała mnie poważnie, ciągle się spóźniała. A gdy obiecywała poprawę ciągle było tak samo. Niejednokrotnie kłóciliśmy się tak o byle co, że podjudzałem ją do tego żeby mnie zostawiła. Przyszedł taki moment, że nagle przestała mieć dla mnie czas. Wtedy troche się rozbudziłem. Zacząłem biegać za nią żeby tylko znalazła dla mnie trochę czasu. Ale zaczęło to umierać bo nie dość że tego czasu znaleźć nie mogła to jeszcze coraz bardziej się ode mnie odsuwała. Nie wiedziałem dlaczego. Któregoś dnia w końcu mnie zostawiła. Przeżyłem to strasznie, jeszcze przez jakiś czas próbowałem ją odzyskać różnymi gestami, powiedziałem że ją kocham i w ogóle. Zostawiła mnie w styczniu zeszłego roku. W lutym poznałem już inną dziewczynę, N. W marcu byliśmy już razem kiedy ja jeszcze nie wydobrzałem do końca. No, ale te początki były wspaniałe - po pierwszym spotkaniu w klubie, nie dosłyszałem Jej imienia, nie wiedziałem gdzie mieszka. Dlatego jedynym punktem zaczepienia był ten właśnie klub. Chodziłem tam specjalnie żeby Ją znowu spotkać. Pierwszy pocałunek, pierwsze objęcie w Jej ramionach było cudowne. Jak na ironię siedziała wtedy naprzeciwko nas moja była, ale nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Byłem taki szczęśliwy. Przez jakiś czas nie dowierzałem swojemu szczęściu. Szybko jednak przyzwyczaiłem się do tego stanu. Było ciągle bardzo miło, nie potrafiłbym nawet gdybym chciał znaleźć czegoś o co mógłbym się wtedy czepić. Jednak dziewczyna zarzucała mi małe zaangażowanie. Zaczęły się jakieś tam kłótnie, obietnice poprawy. Przyszedł w końcu czas na wyznania uczuć. Powiedziała, że mnie kocha. Ja natychmiastowo poczułem potrzebę obdarzenia jej tymi samymi uczuciami. Chciałem obudzić się któregoś dnia i poczuć te wszystkie skowronki. Ten dzień nie nadchodził. Zacząłem się coraz bardziej przejmować, tyrać. Szukałem odpowiedzi - dlaczego wtedy uznałem że kocham tamtą, a tej nie potrafię tego powiedzieć. Zacząłem obydwie porównywać, badać która w czym jest lepsza, która ładniejsza itd. Zacząłem zauważać dużo cech które były lepsze w tamtej poprzedniej, jednak ilość jej wad była równie wielka. N. jest inna. Ma jedną zasadniczą wartość - kocha. Kocha i robi wszystko co się z tym wiąże, stara się, dba o mnie, daje mi dużo serca. Zacząłem szukać odpowiedzi o prawdziwej istocie miłości. Zrozumiałem, że nie polega ona na zadowoleniu samego siebie tylko na zadowoleniu również i drugiej osoby. Że polega na kompromisach, na docieraniu samych siebie nawzajem i że ludzie za szybko rezygnują ze swoich związków kiedy odkrywają wady swoich partnerów. Zamiast wspólnie coś naprawić, wycofują się. N. stała się moim motorem napędowym zmian. Zacząłem się bardziej starać, rzuciłem mój wegetarianizm pod Jej wpływem (nie czułem presji.), próbowałem pogodzić(nadal próbuję) pogodzić się z Bogiem aby odnaleźć w sobie siłę. Zrozumiałem też, że jestem egoistą, bardzo dużym egoistą. Wchodząc w związki nie kieruję się niczym. Nie czuję zbyt wielkiej radości w dawaniu, chyba że widzę jak ktoś bardzo się cieszy. Poszukuję takiej właśnie ekspresji, tego życia w kimś. N. jest inna. Ale to w końcu dla Niej postanowiłem się zmienić. Mimo wszystko jednak znalazłem się w strasznej sytuacji - 2 miesiące szukałem jakichś uczuć w sobie, szukałem czegoś innego, miłość okazała się być czymś zupełnie innym. Odszedłbym od Niej gdyby liczyło się tylko moje dobro bo jestem egoistą. Bycie samemu było dla mnie zawsze strasznie wygodne, bo dbałem tylko o siebie. I tu pojawia się swoisty dysonans - miłość okazała się być czymś zupełnie innym niż sądziłem, a ja z kolei przeżywam wewnętrzną rozterkę bo moja potrzeba bycia samemu spotkała się z potrzebą bycia dla kogoś. Świadomość zranienia N. sprawia mi ból. Wszystko w co wierzyłem w życiu okazuje się być nieprawdziwe. Kierowanie się tylko i wyłącznie sobą jest naprawdę podłe. Ale ja nie mam w sobie siły..Chcę się zmienić, ale jednocześnie nie wierzę że to coś da. Wiem, że jeśli dałbym Jej odejść tzn że poddałbym się po prostu. Tzn że nie pokonałbym samego siebie, a jeśli nie zrobiłbym tego teraz to dalej czekałbym i szukał kogoś kto by nie miał żadnych oczekiwań, kto tak samo jak ja chciałby tylko brać zamiast dawać (tak jak to czyniła D.). Sądzicie, że warto walczyć..? Każdego dnia budzę się coraz słabszy, coraz mniej mam w sobie wiary, N. staje mi się coraz bardziej obca..A jednocześnie wiem, że nie mogę dać Jej odejść, zdaję sobie sprawę że gdy Jej nie będzie będę cierpiał..Jednak cierpię tak czy inaczej bo każdego dnia płaczę, straciłem ochotę na robienie czegokolwiek, straciłem wolę..Nie chcę jeść, źle sypiam, w pracy jestem do niczego, a na wykładach na uczelni siedzę nie zwracając na nic uwagi. Najchętniej rzuciłbym to wszystko, wrócił do domu i został tam, bo czuję się tam najbezpieczniejszy. Ale ucieczka przed problemami to przecież nie metoda..Co robić ?
Strona 1 z 1
Kocham "inaczej" ?
Udostępnij ten temat:
Strona 1 z 1

Pomoc




