Depresja.ws - Forum: Nie umiem tak żyć.. - Depresja.ws - Forum

Skocz do zawartości

Strona 1 z 1
  • Nie możesz napisać tematu
  • Nie możesz odpowiedzieć

Nie umiem tak żyć.. Oceń temat: -----

#1 Użytkownik nie jest zalogowany   Fallen02 

  • Nowy uczestnik
  • Pip
  • Wyślij prywatną wiadomość
  • Grupa: Użytkownik
  • Postów 4
  • Rejestracja: 07-styczeń 12

Napisano 09 styczeń 2012 - 10:44

Nie jestem w stanie tego zrozumieć..Nasze początki były wspaniałe - tak bardzo chciałem ją zobaczyć znowu gdy spotkałem ją po raz pierwszy. Nie zapamiętałem od razu jak ma na imię, byliśmy w klubie nie dosłyszałem..rozmowa nie była nadzwyczajna, ale ona sama w sobie bardzo mi się spodobała. Zacząłem jej szukać mimo tego na portalu społecznościowym, żeby się odezwać..nie znalazłem..więc moim jedynym punktem zaczepienia był klub gdzie się poznaliśmy. chodziłem tam z nadzieją, że znowu ją spotkam. Spotkałem, umówiliśmy się, że jutro też przyjdzie do klubu. Poszedłem tam 3 razy jednego dnia..siedziałem i czekałem..
Tydzień później znowu ją spotkałem. Doskonale pamiętam jak wyglądała..Nasz pierwszy pocałunek. Pamiętam, że byłem taki szczęśliwy. Na przeciwko nas DOSŁOWNIE ! siedziała moja była i wszystko widziała..ale wtedy byłem zbyt szczęśliwy. I tak się to urodziło..Tego samego dnia nie wierzyłem swojemu szczęściu, odprowadziłem ją do domu. Napisałem do niej smsa wtedy..bardzo czekałem aż odpisze, czekałem na dzień jutrzejszy..Chyba mogę powiedzieć, że to było zakochanie. Spotykaliśmy się tyle czasu, z uczciwością mogę powiedzieć, że nie widziałem Jej wad. Nic mi nie przeszkadzało, choć często kłóciliśmy się, że ja nie jestem tak zaangażowany jak Ona. Bo rozumiem, że tak było..że ja chciałem brać nic od siebie nie dając..Trwało tak jakieś 8 miesięcy. Troszkę ostygłem, wspólne chwile nadal mnie cieszyło, choć wiadomo nie tak samo jak na tym zupełnym początku. Mimo to było nadal wspaniale. Do momentu kiedy nie nadeszła kwestia uczuć. Naprawdę wierzyłem, że obudzę się któregoś dnia i będę pewny. że zrozumiem że kocham. Ale przez te wszystkie myśli zgubiłem się. Przypomniała mi się była. Dlaczego tamtej przy zerwaniu powiedziałem że ją kocham ? Powiedziałem jak zawsze, w rozpaczy. Zacząłem myśleć o tamtym związku, porównywać go z tym. Zacząłem dostrzegać wyższość tamtego nad tym. Ta myśl we mnie została. Ciągle mam wrażenie, że nie dam rady. Bo nie umiem uwierzyć nikomu w to, że kocha się zawsze inaczej. Nie potrafię zdystansować się do tamtego co było wtedy, może nie do końca odżałowałem tamten związek w końcu w połowie stycznia się skończył, a na początku marca byłem już z Natalką..I tak się kręci ta moja historia miłosna..Mam tą świadomość, że moje natrętne myśli odsunęły Ją ode mnie..że ja to zepsułem..że przeze mnie nigdy nie będzie tak samo..ale nauczyłem się przy Niej że miłość polega też na dawaniu..ale nie mogę pozbyć się myśli że wtedy czułem inaczej i że teraz jest to coś innego. Nie umiem przetłumaczyć sam sobie, że można kochać inaczej kogoś. Tłumaczę sobie tylko że albo kochałem wtedy, albo teraz albo wcale..ale przy Niej zacząłem chcieć się zmieniać. Odejść od swojego egoizmu, od samotniczego życia, pojednać się z Bogiem, zacząłem się starać. Zacząłem robić rzeczy jakich nie robiłem do tej pory. Ale nie umiem przezwyciężyć swoich myśli..Mimo to jednak nadal pragnę Jej szczęścia, gdy tylko słyszę "tamta poprzednia twoja była lepsza" serce mi się kraja i mam ochotę płakać..bo nigdy nie chciałem do tego dopuścić. A gdy pomyślę ile mi dała moje serce kraja się znowu bo ja czuję, że jestem w stanie dać jeszcze więcej. Żeby tylko ją uszczęśliwić. Tylko ja sam wpędziłem się w obłęd. Mówiłem sobie - nie tęsknię, nie zazdroszczę, nie uważam, że jest najlepsza i niezastąpiona. Ale jednak - wczoraj gdy byłem w pracy, tak bardzo chciałem Ją zobaczyć..Tak bardzo była potrzebna mi Jej obecność..nie czekałem na koniec pracy tylko na moment kiedy Ją ujrzę..wyobrażałem sobie, że jest tam i czeka na mnie..Gdy wspomniała, że jakiś chłopak ją podrywa i odprowadził do domu, wcale nie czułem się z tym faktem komfortowo..wcale mi to nie pasowało i nie pasuje, poczułem się zagrożony. Nie jest najlepsza - myślę tak przez pryzmat tego wszystkiego co myślałem wcześniej, nie czuję że jest niezastąpiona - bo nikt nie jest, tyle czasu dawałem sobie radę będąc zupełnie sam..żyjąc tak sam dla siebie. Ale ciągle z jakiegoś powodu nie chcę żeby ode mnie odeszła..Choć z drugiej strony wiem, że skończyłoby to moje problemy "w głowie". Ale nadal jest we mnie iskierka, każdego dnia budzę się ze świadomością, że nie mogę się poddać..Skądś czerpię te siły..Chcę żeby była szczęśliwa, jeżeli to jeszcze możliwe - szczęśliwa ze mną..
Mam wrażenie że miłość w jakiś pokrętny sposób łączy się dla mnie z cierpieniem..Im bardziej cierpię tym bardziej kocham..Nie mam pojęcia co zrobić..Zapewne najlepiej dla Niej byłoby gdybym odszedł na zawsze..bo znajdzie się ktoś bez takich posranych problemów..ale tak bardzo Jej pragnę i potrzebuję..czuję, że dzięki Niej i ja mogę wyjść na prostą..Jedno jest pewne..nie chcę zrezygnować..



Ja moje związki traktowałem bardzo nie poważnie..Może to ze względu na to że jestem takim człowiekiem - Dużo czasu spędzam samemu, odsunąłem się od ludzi świadomie. Byłem rozpuszczonym dzieckiem, miałem miłości wręcz za dużo. Nie czułem potrzeby dawania. Nie szukałem niczego innego jak towarzystwa w związku..Pozwalałem wszystkiemu swobodnie się rozwijać..A tutaj odkąd jest źle, naprawdę zacząłem się starać..Zacząłem chcieć dawać coś od siebie i myśl o tym, że sprawiłbym Jej przyjemność dawała mi radość..Przestałem o Niej myśleć tak "osobowo" jak do tej pory, tylko raczej pod kątem wartości jakie sobą reprezentuje. Jest jedna naczelna wartość - KOCHA. Jednego dnia czuję, że jest mi mało, drugiego czuję się otoczony jej objęciami nawet nie mając jej przy sobie..Mam tą świadomość, że poradziłbym sobie samemu - ale wynika to jedynie z faktu, że tyle czasu spędzałem samemu, że moje "JA" jest bardzo silnie rozwinięte..Tak samo jak w poprzednim związku w rozpaczy czuję, że nie dam rady..A ja wiem, że dam...no, ale mimo wszystko to przecież przy Niej zechciałem się zmienić..rzuciłem dla Niej mój wegetarianizm (może nie tyle dla Niej -co raczej stała się tego motorem), zacząłem chodzić do kościoła żeby znaleźć odpowiedzi na moje pytania...Jeżeli tak wygląda miłość..to dlaczego tak bardzo chcę to od siebie odsunąć i nie wierzę że tak to wygląda.. Jeżeli tylko mnie poprosi zrezygnuję z samego siebie, żeby tylko Jej nie stracić..żeby tylko ze mną została..Bez niej nie będę miał siły żeby się zmienić..Czuję że w jakiś sposób wymusiła na mnie tą zmianę, ale co w tym złego jeśli uważam, że to byłaby zmiana na lepsze ? Jej słowa o tym co robię źle nie odbijały się tak ode mnie jak sądziłem..W poprzednim związku byłem zaakceptowany i dlatego było tak dobrze..Ale jest to mimo wszystko przeszłość. Przeszłość od której nie mogę się uwolnić i pomyśleć zdrową kategorią - Tego już nie ma. Nie ma i dlatego jest gorsze od tego co jest.
0

#2 Użytkownik nie jest zalogowany   andziabar4 

  • Nowy uczestnik
  • Pip
  • Wyślij prywatną wiadomość
  • Grupa: Użytkownik
  • Postów 2
  • Rejestracja: 24-styczeń 12

Napisano 24 styczeń 2012 - 13:41

Chyba rozumiem co czujesz, mialam to samo po rozwodzie 4 lata temu, walczylam ale wkoncu odpuscilam, czasami nie warto sie poswiecac, nie dla czegosz co nie ma przyszlosci:-) pozdrawiam
0

Udostępnij ten temat:


Strona 1 z 1
  • Nie możesz napisać tematu
  • Nie możesz odpowiedzieć

Użytkownicy przeglądający ten temat: 1
0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych