Witam. Chciałem podzielić się z Wami swoją historią która wymaga kilku słów wprowadzenia. Jestem teraz na 5 roku studiów (ma to znaczenie w tej sytuacji) na które poszedłem gdyż tak doradziła mi moja mama, a ja nie chcąc jej rozczarować postanowiłem je skończyć..Co dalej ? Idąc na studia do obcego miasta przez jakiś czas czułem się świetnie, niby mieszkanie miałem daleko, mieszkałem z ludźmi już dorosłymi z którymi nie miałem kontaktu poza zwykłym "cześć". Imprezowałem wspólnie ze znajomymi z mojego roku, wszystko było jak należy. Z czasem jednak zacząłem się od wszystkich oddalać. Przestałem z nimi wychodzić gdziekolwiek, szukałem sposobu żeby być sam. I zostawałem sam. Radziłem sobie świetnie. Skupiłem się na realizacji siebie. Czasami jednak wynurzyłem się ze swojego legowiska i zdarzało się, że poznałem jakąś dziewczynę którą się zainteresowałem. Zainteresowanie jednak zawsze było powierzchowne. Interesowałem się i byłem szczęśliwy bardzo krótko. Po chwili wszystko traciło "swój smak" i nie robiłem nic. Nie starałem się, nie pielęgnowałem uczuć, nie robiłem nic żeby się one rozwijały. A z drugiej strony oczekiwałem tego od partnerki. Zawsze gdy zaczynałem się starać było to jedynie w obliczu bycia porzuconym, albo już po fakcie dokonanym. Wtedy też zazwyczaj wyznawałem uczucia które później stwierdzałem, że nie były prawdziwe.
Natrafiłem jednak na kogoś kto był w zasadzie bardzo podobny do mnie. Dziewczyna ani nie chciała dawać, ani brać. Ja podobnie. Niby kłóciliśmy się często, ale była bliska ideału. W pewnym momencie przestała mieć dla mnie czas. Wtedy zacząłem biegać, starać się, żeby tylko zaspokoić swoje potrzeby. Zostawiła mnie, po czym ja standardowo wyznałem uczucia, zacząłem się starać, biegać.
Blisko 1,5 miesiąca później spotkałem inną. Zainteresowała mnie bardzo szybko, równie szybko staliśmy się parą. Sielanka trwała bardzo długo. Nie mogłem się niczego przyczepić. Wiadomo, nie starałem się, może czasem jakiś miły gest, ale jak wiadomo Któregoś pięknego dnia wyznała mi swoje uczucia. Ja poczułem się zobligowany do dania Jej tego samego. Czekałem na dzień w którym obudzę się i usłyszę te anielskie chóry, kiedy będę skakał z obłoku na obłok i poczuję że to jest miłość. Czekałem i ten dzień nie nadchodził. Zacząłem się bać. Zacząłem szukać w sobie powodów, swojej winy. Zacząłem doszukiwać się w Niej jakichś wad których wcześniej nie widziałem. Zacząłem doszukiwać się jakiejś swojej dysfunkcyjności, popadać w paranoję i przeraźliwą chęć upewnienia się, czy jest to miłość lub czy to nie jest miłość. Nie mogłem zgłębić istoty miłości. Zacząłem popadać w paranoję, przez bity miesiąc, teraz nawet już dłużej, katowałem się myślami. Chodziłem, płakałem, nie mogłem się na niczym skupić. Doszedłem do wniosku, że gdybym Ją zostawił, poczułbym się lepiej, nie zastanawiałbym się nad niczym, znowu żył sam dla siebie. Ale z jakiegoś powodu nie byłem w stanie Jej zostawić, nie chciałem, nie mogłem. Czułem, że żałowałbym tej decyzji. Postanowiłem walczyć bo chciałem być szczęśliwy z Nią oraz chciałem by Ona była szczęśliwa ze mną. Szukałem odpowiedzi na pytanie czym jest miłość, czym się objawia. Pytałem znajomych, kolegów, dawnych przyjaciół, rodziców, psychologa, psychoterapeutę (zacząłem do owego chodzić ze względu na swój problem). Wpędziłem się w jakąś nerwicę. Codziennie budzę się zestresowany, z kołatającym sercem i dusznościami (te ostatnie nie codziennie, ale często).
Ostatnim miejscem gdzie szukałem odpowiedzi był kościół. Jako, że z wiarą u mnie słabo poszedłem tam właśnie na końcu. Pytałem Boga, prosiłem aby dał mi odpowiedź. Chciałem na nowo się z Nim pojednać. Przy konfesjonale przyznałem jednak że odsunąłem się od Boga, przyznałem że w Niego nie wierzę, że odsunąłem się również od miłości której nie potrafię dawać. Ksiądz jedynie pomówił ze mną, nie dał mi rozgrzeszenia. Wtedy nastąpił we mnie totalny krach. Zrozumiałem, że nie mam po co żyć. Bez wiary i miłości bo nadzieję traciłem. Zrozumiałem, że mogę umrzeć, że jestem skazany na potępienie po śmierci.
Po mszy jednak wybrałem się do księdza na rozmowę. Trafiłem na księdza psychologa. Nie tyle co pomogła mi sama rozmowa, co raczej wnioski do jakich doszedłem. Gdybym naprawdę nie wierzył w Boga - dlaczego szukałbym w Nim, w Jego domu odpowiedzi na swoje pytania ? A gdybym nie kochał tej dziewczyny - czy robiłbym to wszystko ? Przecież mógłbym to wszystko rzucić i dać sobie spokój. Zrozumiałem że miłość i wiara są jak kwiaty - które gdy trafią na podatny grunt, trzeba pielęgnować i dbać o nie, nie wtedy kiedy zajdzie potrzeba, ale każdego dnia. Nie, chodzi o pójście do kościoła, a w przypadku dziewczyny na wspólne spotkanie. Chodzi o dawanie swojego zaangażowania, o modlitwę, a w drugim przypadku o dowody swych uczuć w miłych gestach. Ja o tym zapomniałem, przebywając ciągle samemu. Zapomniałem jak to jest prawdziwie kochać i wierzyć. Poprzysiągłem sobie zmianę swojego życia. Miało to miejsce wczoraj (od momentu z kościołem). Dziś ponownie obudziłem się słaby i bez wiary w powodzenie moich założeń. Niby wszystko da się wypracować, dojrzeć do prawdziwej miłości (gdy komuś na kimś zależy to już dobry znak), żyć w wierze. Ale każdego dnia budzę się słaby, tracę tą wolę, nie umiem jej przy sobie utrzymać. Gdy pojawia się moment w którym zaczynam wierzyć sobie, że to się uda, równie szybko pojawia się moment w którym coś podcina moje skrzydła. Tak szybko jak wzlatuję, równie szybko opadam na ziemię. Jestem wyczerpany psychicznie tym wszystkim.
Doradźcie coś, proszę..Chcę walczyć nadal o lepsze życie z Bogiem i miłością, ale brakuje mi sił..
Strona 1 z 1
Sam jestem sobie winny
#2
Napisano 07 styczeń 2012 - 17:20
witaj!
najwazniejsze jest to, ze chcesz walczyc - to juz sukces! to, ze nie masz sil, to jest zrozumiale. po takiej dawce przezyc, ciosow, porazek?
trzeba miec nadzieje na to, ze bedzie lepiej i nie poddawac sie w swojej walce o lepsze zycie. oczywscie osiagniecie milosci jest dla ciebie mozliwe, ale droga do niej jest dluga i kreta, wymaga bardzo duzo cierpliwosci i zrozumienia. odniose sie do tych kwiatow - jak zasadzisz ziarenko jednego dnia, to od razu na drugi dzien nie bedziesz mial pieknego kwiatu. na to trzeba czasu. a zeby byl piekny i nie zwiedl szybko musisz bardzo o niego dbac, codziennie go podlewac i dawac mu swiatlo. tak samo jest z miloscia. trzeba w nia wlozyc troche wysilki aby osiagnac upragnione efekty.
zycze ci wytrwalosci w tej codziennej walce. nie poddawaj sie! twoja chec walki to juz duzo! - niektorym nawet sie nie chce walczyc o siebie
masz niesamowity dar kontroli nad wlasnym zyciem, wciaz nie wypuszczasz go z rak i to jest piekne, ze sam nim kierujesz..
(sadze, ze wielu ludzi trafilo na to forum wlasnie dlatego, ze stracilo ta kontrole...)
najwazniejsze jest to, ze chcesz walczyc - to juz sukces! to, ze nie masz sil, to jest zrozumiale. po takiej dawce przezyc, ciosow, porazek?
trzeba miec nadzieje na to, ze bedzie lepiej i nie poddawac sie w swojej walce o lepsze zycie. oczywscie osiagniecie milosci jest dla ciebie mozliwe, ale droga do niej jest dluga i kreta, wymaga bardzo duzo cierpliwosci i zrozumienia. odniose sie do tych kwiatow - jak zasadzisz ziarenko jednego dnia, to od razu na drugi dzien nie bedziesz mial pieknego kwiatu. na to trzeba czasu. a zeby byl piekny i nie zwiedl szybko musisz bardzo o niego dbac, codziennie go podlewac i dawac mu swiatlo. tak samo jest z miloscia. trzeba w nia wlozyc troche wysilki aby osiagnac upragnione efekty.
zycze ci wytrwalosci w tej codziennej walce. nie poddawaj sie! twoja chec walki to juz duzo! - niektorym nawet sie nie chce walczyc o siebie
masz niesamowity dar kontroli nad wlasnym zyciem, wciaz nie wypuszczasz go z rak i to jest piekne, ze sam nim kierujesz..
(sadze, ze wielu ludzi trafilo na to forum wlasnie dlatego, ze stracilo ta kontrole...)
znowu przyszło mi płakać,
za to, że chciałam się śmiać,
tysiąc razy oddawać,
to, co trafiło się raz...
za to, że chciałam się śmiać,
tysiąc razy oddawać,
to, co trafiło się raz...
Udostępnij ten temat:
Strona 1 z 1

Pomoc





