Spieszę się do pracy, dlatego też pewnie nie zdążę napisać o sobie wyczerpującego postu. Jednak nie umiem zostawić tego na później. Odczuwam potrzebę wykrzyczenia, ze jest mi źle. nawet za pomocą klawiatury;]
Jestem DDA. Nie wiem na ile moje problemy z samą sobą są związane z DDActwem, ale w każdym bądź razie sa. I trwają zdecydowanie zbyt dugo by móc się ich pozbyć za jednym pstryknięciem palców. Samymi tabsami i śmiesznymi wizytami u psychoterapeutki, która zawsze mówi to co chcesz usyszeć.. i czuć w tym falsz. Jestem osobą przewrażliwiona na falsz. Wyrzeźbila mnie tak moja depresja,która z różnym nasileniem trwa już 8 lat. Wiem, ze za późno wzięlam się za siebie, dlatego możliwe, że jest już za późno, by z tego wyjść. Zbyt silnie rozwinęlo się moje destrukcyjne-drugie ja. czasem czuje się ja Golumn ;]
Kiedy już pozbieram się jakoś, zaczynam w miarę funkcjonować, nawiązywać silniejsze relacje z ludźmi itp. wystarczy jedna..."porażka" by wszystko wrócilo. Pewnie dlatego nie chce mi się już walczyc o siebie. Bo to pic na wodę, fotomontaż, że da się z tego wyjść. I to nie jest tak, że wystarczy chcieć. Ja chol..nie chcę, walczę o siebie, cale moje zycie ukierunkowane jest na tą walkę. tyle, że powoli tracę nadzieję, czy to w ogóle mozliwe. Może powinnam być ciągle na tabletkach?
cdn;]
Strona 1 z 1
o zbuku part 1
#2
Napisano 06 styczeń 2012 - 15:02
Użytkownik zbuk dnia 06 styczeń 2012 - 10:40 napisał
Kiedy już pozbieram się jakoś, zaczynam w miarę funkcjonować, nawiązywać silniejsze relacje z ludźmi itp. wystarczy jedna..."porażka" by wszystko wrócilo. Pewnie dlatego nie chce mi się już walczyc o siebie. Bo to pic na wodę, fotomontaż, że da się z tego wyjść. I to nie jest tak, że wystarczy chcieć. Ja chol..nie chcę, walczę o siebie, cale moje zycie ukierunkowane jest na tą walkę. tyle, że powoli tracę nadzieję, czy to w ogóle mozliwe. Może powinnam być ciągle na tabletkach?
cdn;]
cdn;]
Witam na forum i pozdrawiam!
Jesteś w ciągłym biegu, spieszysz się do pracy i w ogóle. Wg mnie tak samo jak do np pracy spieszysz się do innych rzeczy. To trwałej znajomości i przyjaźni, do trwałego związku itd... W życiu tak nie ma. Trwałe i niepodatne na zaburzenia związki buduje się powoli. To czas sprawia, że są odporne na kryzysy i wahania nastroju.
Co do tracenia nadziei to jest to jedna z przyczyn, dla której depresja jest taką straszną chorobą. Najtrudniejsze dla terapeuty jest pokazanie choremu, że jest nadzieja. Bo depresja to ciągły deficyt nadziei.
Jak znajdziesz trochę czasu to zapraszam do rozmowy na GG, nr znajdziesz w stopce.
GG: 43238245
#3
Napisano 08 styczeń 2012 - 22:28
Witaj.Aleś sobie pseudo dała uch.To ja czekam na part 2.Póki co to tak tylko podsunę Ci,mimo nadwrażliwości na fałsz itp.,może terapia DDA,skoro podejrzewasz,że to się za Tobą wlecze,hm?
No a życie... jakie życie?
Poprzerywana linia na dłoniach.
Poprzerywana linia na dłoniach.
#4
Napisano 12 luty 2012 - 18:30
Witam po miesięcznej przerwie:)
Teraz może uda mi się bardziej rozwinąć i przedstawić mój problem. Obawiam sie jednak, że powstanie z moich wypocin dlugasny elaborat poddający probie Waszą cierpliwość.
Mam rodziców, który naduzywają alkoholu. Nie zawsze tak bylo. Jakoś 10 lat temu w rodzinie mojej pojawily sie problemy finansowe (tata tracil prace) i zdrowotne (mama popadla w nerwice, miala mysli samobójcze itp.)... Od tego czasu mama zaczela popijac - najpierw weekendowo, a potem (nawet nie wiem kiedy to nastąpilo) codziennie. Tata też szybko podlapal od niej "sposób na relax". No i dziś... jest jak jest. Cóż... niby nie powinno to mieć na mnie większego wplywu. Kiedy zaczeli pić mialam już kilkanaście lat, czyli dziecinstwo spedzilam w kochające się "wzorowej" rodzinie. Dopiero potem zaczelo sie sypać. Ja stracilam kontakt z mamą, a nawet żywilyśmy do siebie niechęć. Tata jest w mamę zapatrzony jak w obrazek i zawsze pokazywal nam, ze nie dorastamy (ja z bratem) jej do pięt. Piszę o tym, bo wiem, ze rodzina jaką tworzymy (kazdy zyje swoim zyciem, o problemach sie nie mówi, udaje sie, ze się ich nie widzi) miala duży wplyw na mój dzisiejszy stan psychiczny.
Kolejnym powodem jest rodzina od strony ojca-dziadkowie i ciocia. Od malego mnie nie znosili, zdecydowanie faworyzowali mojego brata. Jawnie i beszczelnie momentami. Do dzis każde spotkanie z nimi konczy sie moim placzem (a przeciez jestem juz "stara" i nie powinno mnie to obchodzic), a ich satysfakcją, że pokazali mi, gdzie jest moje miejsce.
Dalej... Wpojony w dziecinstwie przez wymieniona juz ciotkę strach przed diablem i zaszczepienie we mnie mysli, ze jestem zlym i -co bym nie uczynila- niegodnym niczego dobrego czlowiekiem.
Toksyczne zwiazki z mezczyznami. Pierwszy mnie szantazowal emocjonalnie. Drugi pil. Zresztą to przy nim nasilily sie moje objawy do tego stopnia (napady lękowe, mysli samobojcze), ktore zmusily mnie do poszukania pomocy.
Zle doświadczenia ze starszymi mężczyznami. Zawsze mialam powodzenie u plci przeciwnej. Co prawda nie doszlo do zadnego.. gwaltu, ale zdarzylo sie w moim zyciu kilka sytuacji, przez ktore zrodzily sie we mnie lęk, brak zaufania i obrzydzenie do starszych mezczyzn.
to wszystko sprawilo, ze stalam sie chodzacym jednym wielkim kompleksem. Co za to przyczynia sie do ogromnych trudnosci w tworzeniu relacji z ludźmi, do wycofywania ze spoleczenstwa.
Leczylam sie farmakologicznie. Leki mi pomagaly. Później je odstawilam, przez kilka miesiecy bylo w miare dobrze, a teraz znow wrocily apatia, ospalosc, straszliwe problemy z koncentracja, tępawe myslenie, bóle brzucha i glowy, ciagle napięcie i niemożnośc odczuwania odprężenia i radości trwającej powyzej kilku minut itp. itd.
Już tyle walczę o siebie. Walczę o siebie ze sobą. Czasem umiem swoje koślawe "ja" przezwyciężyć, tego zbuka
który psuje mnie od środka... ale niesety dużo więcej spotyka mnie porażek. Znam osoby, ktore juz się poddaly. Którym chyba juz dobrze w tym ich świecie... czasem pobiadolą.. ale w gruncie rzeczy nie umieli by już życ inaczej. Ja caly czas walczę. Caly czas rozpaczliwie pragnę wrócić do tej dziewczyny sprzed kilku lat, która kochala ludzi i ludzie ją kochali, która kochala swiat ja otaczajacy, smiala sie do slonca. kochala zycie.
tylko boje sie, ze ta kladkę, którą moglabym wrócić, już dawno zniszczylam.
Teraz może uda mi się bardziej rozwinąć i przedstawić mój problem. Obawiam sie jednak, że powstanie z moich wypocin dlugasny elaborat poddający probie Waszą cierpliwość.
Mam rodziców, który naduzywają alkoholu. Nie zawsze tak bylo. Jakoś 10 lat temu w rodzinie mojej pojawily sie problemy finansowe (tata tracil prace) i zdrowotne (mama popadla w nerwice, miala mysli samobójcze itp.)... Od tego czasu mama zaczela popijac - najpierw weekendowo, a potem (nawet nie wiem kiedy to nastąpilo) codziennie. Tata też szybko podlapal od niej "sposób na relax". No i dziś... jest jak jest. Cóż... niby nie powinno to mieć na mnie większego wplywu. Kiedy zaczeli pić mialam już kilkanaście lat, czyli dziecinstwo spedzilam w kochające się "wzorowej" rodzinie. Dopiero potem zaczelo sie sypać. Ja stracilam kontakt z mamą, a nawet żywilyśmy do siebie niechęć. Tata jest w mamę zapatrzony jak w obrazek i zawsze pokazywal nam, ze nie dorastamy (ja z bratem) jej do pięt. Piszę o tym, bo wiem, ze rodzina jaką tworzymy (kazdy zyje swoim zyciem, o problemach sie nie mówi, udaje sie, ze się ich nie widzi) miala duży wplyw na mój dzisiejszy stan psychiczny.
Kolejnym powodem jest rodzina od strony ojca-dziadkowie i ciocia. Od malego mnie nie znosili, zdecydowanie faworyzowali mojego brata. Jawnie i beszczelnie momentami. Do dzis każde spotkanie z nimi konczy sie moim placzem (a przeciez jestem juz "stara" i nie powinno mnie to obchodzic), a ich satysfakcją, że pokazali mi, gdzie jest moje miejsce.
Dalej... Wpojony w dziecinstwie przez wymieniona juz ciotkę strach przed diablem i zaszczepienie we mnie mysli, ze jestem zlym i -co bym nie uczynila- niegodnym niczego dobrego czlowiekiem.
Toksyczne zwiazki z mezczyznami. Pierwszy mnie szantazowal emocjonalnie. Drugi pil. Zresztą to przy nim nasilily sie moje objawy do tego stopnia (napady lękowe, mysli samobojcze), ktore zmusily mnie do poszukania pomocy.
Zle doświadczenia ze starszymi mężczyznami. Zawsze mialam powodzenie u plci przeciwnej. Co prawda nie doszlo do zadnego.. gwaltu, ale zdarzylo sie w moim zyciu kilka sytuacji, przez ktore zrodzily sie we mnie lęk, brak zaufania i obrzydzenie do starszych mezczyzn.
to wszystko sprawilo, ze stalam sie chodzacym jednym wielkim kompleksem. Co za to przyczynia sie do ogromnych trudnosci w tworzeniu relacji z ludźmi, do wycofywania ze spoleczenstwa.
Leczylam sie farmakologicznie. Leki mi pomagaly. Później je odstawilam, przez kilka miesiecy bylo w miare dobrze, a teraz znow wrocily apatia, ospalosc, straszliwe problemy z koncentracja, tępawe myslenie, bóle brzucha i glowy, ciagle napięcie i niemożnośc odczuwania odprężenia i radości trwającej powyzej kilku minut itp. itd.
Już tyle walczę o siebie. Walczę o siebie ze sobą. Czasem umiem swoje koślawe "ja" przezwyciężyć, tego zbuka
tylko boje sie, ze ta kladkę, którą moglabym wrócić, już dawno zniszczylam.
#5
Napisano 12 luty 2012 - 21:15
Witaj zbuku.
Co prawda mam mocno różne przeżycia z lat przeszłych, co nie znaczy że tęczowe, ale owe walczenie z samym sobą o siebie, bynajmniej nie jest mi nieznane, przy czym ja za bardzo nie mogę powrócić do tych czasów gdy byłem szczęśliwą dziewczyną, ponieważ po pierwsze jestem facetem, a po drugie nie miałem tego typu prawdziwych doświadczeń z odległej przeszłości, dopiero sam musiałem je sobie wywalczyć już w dorosłym życiu, tylko że jakoś nie potrafię ich jeszcze utrzymać przy sobie na stałe, ale staram się...
W każdym razie życzę, żebyś znalazła tutaj to czego szukasz. :]
Co prawda mam mocno różne przeżycia z lat przeszłych, co nie znaczy że tęczowe, ale owe walczenie z samym sobą o siebie, bynajmniej nie jest mi nieznane, przy czym ja za bardzo nie mogę powrócić do tych czasów gdy byłem szczęśliwą dziewczyną, ponieważ po pierwsze jestem facetem, a po drugie nie miałem tego typu prawdziwych doświadczeń z odległej przeszłości, dopiero sam musiałem je sobie wywalczyć już w dorosłym życiu, tylko że jakoś nie potrafię ich jeszcze utrzymać przy sobie na stałe, ale staram się...
Użytkownik Upandown edytował ten post 12 luty 2012 - 21:27
#6
Napisano 18 luty 2012 - 19:29
Witaj Zbuku
Jeżeli leki Ci pomagały,to zacznij znowu je brać.
Ja na lekach będę juz do końca życia,nie przeraża mnie to,bo jeśli dobrze się czuję,to po co to zmieniać.
Jeżeli leki Ci pomagały,to zacznij znowu je brać.
Ja na lekach będę juz do końca życia,nie przeraża mnie to,bo jeśli dobrze się czuję,to po co to zmieniać.
Ludzi się kocha,a rzeczy używa,nigdy na odwrót!!!
Kochamy ludzi za dobro, któreśmy im dali, a nienawidzimy za to zło, któreśmy im wyrządzili.
Lew Tołstoj
Kochamy ludzi za dobro, któreśmy im dali, a nienawidzimy za to zło, któreśmy im wyrządzili.
Lew Tołstoj
#7
Napisano 19 luty 2012 - 17:25
Z tymi lekami bylo tak, ze moja wcześniejsza psychiatra stwierdzila, ze jestem za mloda na faszerowanie sie lekami i po prostu musze sie wziac w garsc. Ja mialam poczucie jednak, ze zbyt krotko je przyjmowalam, dlatego szybko wrocil mi stan sprzed leczenia. Potem zmienilam placowke, tam trafilam na niesamowitego lekarza. Tak jak poprzednia "odbebniala" swoj obowiązek,tak ten po doslownie kilku pytaniach wiedzial o mnie juz wszystko. Przy czym niestety nie byl zbyt lagodny w tym wwiercaniu sie w moją dusze. On zaproponowal mi znowu leki, ale ja bylam na etapie "sama z tego wyjde". No i... tak wlasnie wychodze. Już pól roku od tej wizyty.
Też sie zastanawiam, czy nie pójde do niego po tabsy... bo bez nich nie dam rady naprawić wielu aspektów życia. Tylko troche boje sie tego lekarza:P
Też sie zastanawiam, czy nie pójde do niego po tabsy... bo bez nich nie dam rady naprawić wielu aspektów życia. Tylko troche boje sie tego lekarza:P
Udostępnij ten temat:
Strona 1 z 1

Pomoc









