Po tylu miesiącach znowu przychodzi kryzys, nie mam już siły i wstydzę się swojej wiecznej słabości i nieporadności. Piszę, żeby odciążyć być może ostatnich znajomych choć trochę od nieustannego zawracania im głowy moimi problemami.
Hm. Co by tu napisać? Mam 16 lat i moim głównym zajęciem w życiu jest mordęga z własną psychiką, wieczne analizowanie, staranie by nie poddać się za każdym kolejnym razem emocjom z marnym skutkiem. Z jednej strony nadgorliwie, sztucznie wręcz wesoła, z drugiej siedząca na dnie rozpaczy oraz bezsilności. Nawet mówienie o tym już mi nie pomaga, choć wciąż to robię dzięki mojemu stukniętemu zmysłowi opowiadacza- klawiatura pod moimi palcami potrafi być niebezpieczna, bo wylewa się z niej wszystko co zostanie w mojej głowie podkreślone jakąś głębszą emocją. Nieustannie mam wrażenie, że wymiguję się swoją słabością i po prostu nie jestem na dobrej drodze myślenia, ale nie udało mi się jeszcze zejść na tą właściwą na dłużej.
Moje życie? Rodzina pełna po brzegi nerwic, współuzależnień emocjonalnych i alkoholowych, w swojej wielkiej życiowej "mądrości" bagatelizująca od zawsze problemy emocjonalne dziecka, które wg nich ma po prostu talent do wymyślania co lepszych fanaberii. "Dzięki" temu odziedziczyłam poczucie, że radzić muszę sobie wyłącznie sama, że jestem słaba, przewrażliwiona i zmyślam. Silne lęki i osamotnienie od najmłodszych lat, od rówieśników z podstawówki przez większość czasu "załapałam", że nie ma w tym świecie dla mnie miejsca (Słowo w słowo tak mi przekazano) oprócz psychiatryka, że jestem brzydka jak noc, głupia i be. W pragnieniu ucieczki od tamtych rówieśników rok przed gimnazjum spadam z chęcią z rodzicielami za granicę, gdzie radzę sobie jakoś jako jedyna Polka- pierwsze ataki paniki, deprecha, płacz dzień w dzień- głównie z powodu bycia osaczaną przez bity rok przez grupki Niemiło Ciekawych Osób, czasem opluwana, jakieś zapędy do bójek bywały, nieustanne podszepty, ploteczki i wysyłanie ludu na każdej przerwie by zrobić wywiad z tą nową analfabetką z dziwnego kraju. Zdziczałam jeszcze bardziej. Powrót do PL, w gimnazjum dwa lata walki by móc spokojnie wysiedzieć w ławce bez trzęsawek i strachu przed wymiotami, a także ponowne dowiadywanie się, jaka jestem wstrętna i dziwna. W wieku 12-13 lat "konkretne" myśli samobójcze i rozkminy egzystencjalne. Czasem ciągałam z własnej woli rodzicieli, by zawieźli mnie do psychiatry oraz psychologa, ku ich udręce oczywiście, ani jeden ani drugi jednak jakoś nie wzbudził we mnie uczuć czy pomysłów, których bym nie znała, kiepskie leki odstawiłam i nie mam zamiaru wracać na razie, z prostego powodu: Biorę po 3-5 leków dziennie i nie starcza mi już czasu ani żołądka. Dla uwieńczenia tego pięknego obrazu niedoczynność tarczycy, szalony układ pokarmowy, nadwaga (rekord chudnięcia póki co to 3 kilogramy z groszem po tygodniach poprawnego i małoilościowego odżywiania, wyzbycia się nawet chleba i ćwiczeń, które potrafią wrócić w tempie błyskawicy kiedy tracę motywację choć na trochę, zatem teraz nawet nie chcę na wagę patrzeć by się nie dobijać) oraz przewlekły i długoletni trądzik na całym ciele, dzięki czemu mogłam być przez 6 lat króliczkiem doświadczalnym NFZu i dopiero po tym czasie zaczęłam kurację najsilniejszym i ostatecznym środkiem, który niestety stanu psychicznego nie poprawia, a wręcz wpływa na niego jeszcze gorzej.
Zaczęłam liceum jako osoba pozbawiona pozytywnej samooceny i zbudowana z samych lęków, zdolna do nauk humanistycznych i języków, czego nigdy nie będzie mogła zaprezentować, gdyż wszelkie olimpiady ustne, referaty, czy rzeczy tak niby proste, a sprawiające tyle upokorzenia, jak czytanie na głos (Do czego jestem proszona nieustannie i jeszcze mi się nie zdarzyło bez niezrozumiałego bełkotu i oddechu przypominającego astmę ku irytacji klasy i nauczycielki), są dla niej tylko powodem do upokorzenia i ośmieszenia się. Zaczyna mi wracać fobia szkolna, ataki lęków, mam ochotę rozpłynąć się, by nie musieć wreszcie robić sobie wstydu. Nie mogę zerwać z wizerunkiem słabiutkiej dzieweczki z wymalowanym na czole "I'm so weak, so kick my ass". Póki co jednak czuję, jakby spadła na mnie czarna kurtyna.
Strona 1 z 1
Konnichiwa
#2 Gość_jedenasty_kot_*
Napisano 02 styczeń 2012 - 20:27
Hajmemashite !
Maja-desu.
Yoroshiku onegai shimas.

Witam Cie chyba jako pierwsza na forum. Nan nadzieje że sie tu zadomowisz.
Łącze sie w bólu.
Maja-desu.
Yoroshiku onegai shimas.
Witam Cie chyba jako pierwsza na forum. Nan nadzieje że sie tu zadomowisz.
Łącze sie w bólu.
#3
Napisano 02 styczeń 2012 - 20:35
Ja mam 17 lat i przez dłuższy czas miałam podobne odczucia i refleksje względem świata i życia. Powoli ku mojemu zaskoczeniu to mija, ale cały czas myślę- na jak długo? Moim zdaniem powinnaś iść do lekarza jeszcze raz- ale do jakiegoś porządnego a nie jakiegoś konowała. Ja długo się przed tym wzbraniałam, ale dopiero po dobrze dobranych lekach i baaardzo długim czasie czuję poprawę. Byłam w psychiatryku przez dwa miesiące gdzie w sumie gówno mi pomogli. Może tylko to zwróciło uwagę moich starych na to, że jakiś problem jednak jest i nie wziął się od tak. Ile ja się nasłuchałam podobnie jak ty tekstów w stylu : Co ty wymyślasz, ludzie mają gorzej niż ty... W dupie ci się poprzewracało, bo wszystko masz...." Jednak czegoś musiało mi brakować. Potem była psychoterapia, która okazała się całkowitą klęską i niewypałem - ta baba po prostu miała z góry zaplanowany plan, do którego ja miałam się tylko dostosowywać, jak setki innych ludzi wysłuchać to samo: że jestem zarozumiała, wywyższam się, nie mam w sobie pokory ani wdzięczności, robię z siebie ofiarę... Wcale mi to nie pomogło wręcz, przeciwnie jeszcze gorzej dobiło. Dawała mi zadania do wykonania, w których sensu najmniejszego nie widziałam, żeby już nie wspomnieć, że nie wiedziałam jak mam je wykonywać... Czułam się traktowana z góry, obcesowo, wszystko nie tak. W końcu pani zakończyła sama ze mną współpracę, twierdząc, że sobie ze mną nie poradzi. No i tak z mojej kieszeni ubyło 70zł za każdą wizytą, po której czułam się wcale nie lepiej żeby nie powiedzieć, że jeszcze gorzej. I w końcu trafiłam do psychiatry w Elblągu: facet okazał się tak świetnym gościem, odpowiadałam po jednym słowie, a on doskonale wiedział o co mi chodzi. Dopiero po tych lekach jakoś tam staje na nogi... Ale leki to nie wszystko. Zauważyłam, że ludzie których tak bardzo nienawidzę, są mi potrzebni. A nienawidzę ich za to, że ich potrzebuję. A do szczęścia potrzebuję ludzi... taki paradoks. Od niedawno zakumplowałam się z dwoma dziewczynami, i dopiero teraz kiedy czuję że ludzie chcą przebywać w moim towarzystwie za to jaka jestem, od czasu do czasu potrafię dostrzec światełko w najmniejszych drobnostkach codzienności. W czyimś uśmiechu, w cieple autobusu, kiedy na dworze deszcz; czy z zapachu pomidorowej, którą zaraz zjem 
Dlatego myślę, że najlepszym rozwiązaniem dla ciebie keji, byłaby zmiana lekarza, branie leków, zmianie spojrzenia na świat. Ja tu klepie i klepię, ale wiem, że jak to czytasz to pewnie myślisz sobie same bzdety, które nijak mają się w praktyce. Ja też często tak myślę, ale czasami zmieniam zdanie... Ja potrzebuję dookoła siebie ludzi. Dobrych ludzi. Których widzę tak mało... Ty też tak masz? Z jakich okolic Polski jesteś?
Dlatego myślę, że najlepszym rozwiązaniem dla ciebie keji, byłaby zmiana lekarza, branie leków, zmianie spojrzenia na świat. Ja tu klepie i klepię, ale wiem, że jak to czytasz to pewnie myślisz sobie same bzdety, które nijak mają się w praktyce. Ja też często tak myślę, ale czasami zmieniam zdanie... Ja potrzebuję dookoła siebie ludzi. Dobrych ludzi. Których widzę tak mało... Ty też tak masz? Z jakich okolic Polski jesteś?
#4
Napisano 02 styczeń 2012 - 21:03
Cytat
Hajmemashite !
Maja-desu.
Yoroshiku onegai shimas.
Maja-desu.
Yoroshiku onegai shimas.
Dozo yoroshiku onegai-shimas
Cytat
Od niedawno zakumplowałam się z dwoma dziewczynami, i dopiero teraz kiedy czuję że ludzie chcą przebywać w moim towarzystwie za to jaka jestem, od czasu do czasu potrafię dostrzec światełko w najmniejszych drobnostkach codzienności. W czyimś uśmiechu, w cieple autobusu, kiedy na dworze deszcz; czy z zapachu pomidorowej, którą zaraz zjem 
Mam podobnie, choć bardziej jeśli chodzi o obraz. Dużo fotografowałam swego czasu, teraz już mniej bo zaczął zjadać mnie perfekcjonizm, nie mogę znaleźć własnego stylu, straciłam z tego radość i aparat leży w szafce, jednakowoż zmysł do bacznej obserwacji i nasycania oczu tego co widzę został. Tak jakby robić zdjęcia samym umysłem. Szczególnie lubię patrzeć na ludzi, bo kocham portrety i wyobrażać sobie, jakby ich można przedstawić.
Cytat
Dlatego myślę, że najlepszym rozwiązaniem dla ciebie keji, byłaby zmiana lekarza, branie leków, zmianie spojrzenia na świat. Ja tu klepie i klepię, ale wiem, że jak to czytasz to pewnie myślisz sobie same bzdety, które nijak mają się w praktyce. Ja też często tak myślę, ale czasami zmieniam zdanie... Ja potrzebuję dookoła siebie ludzi. Dobrych ludzi. Których widzę tak mało... Ty też tak masz? Z jakich okolic Polski jesteś?
Spojrzenie staram się zmienić od dawna, ale wciąż jestem mało "elastyczna" i gdy tylko coś się zdarzy emocje wybuchają i wychodzi jak wychodzi. Czytam aż za dużo poradników psychologicznych, filozoficznych, takich tam, ale nie potrafię tego "poczuć". Do lekarzy planuję wrócić po 18-stce, jak już nie będę zależna od zgody rodzicielskiej, poza tym aktualnie chodzę do 2-3 od spraw fizycznych, starzy co roku wydają dziesiątki na moje leki, a teraz w czasie tej kuracji Izotekiem to nawet przekroczy 2 tysiące. Aktualnie biorę 5 leków dziennie jak wspominałam, więc wszystkie na psychikę odpadają, bo nie starczyłoby mi dnia na łykanie tego wszystkiego, a nafaszerowałam się przez ostatnie lata także niepotrzebnie sterydami, anty i antybiotykami, wysiadam po prostu. Od tego też się wszak organizm wyniszcza. Mam dosyć lekarstw. Uderzę na pewno do jakiegoś psychologa, jak nie w Polsce to za granicą, jeśli uda mi się wyjechać znowu, a mam taką nadzieję. Aktualnie ciąży jeszcze nade mną ciężar nie zdania roku przez jeden durny przedmiot, to dobija mnie jeszcze bardziej. Jestem z centrum Polski.
Co do ludzi, to mam duży problem z relacjami, czuję się w nich bardzo niepewnie, szybko się męczę i czuję jakaś spętana, mało osób zatem przy mnie zostało, tylko te najbardziej zaufane jednostki. W większych społecznościach, choćby klasie, jest mi bardzo źle się odnaleźć. Nie zapomnę, jak mając parę lat usłyszałam od ojca, że ludziom się nie ufa, dosłownie, i bardzo do tego zastosowałam wbrew własnej woli. Nie byłam z nikim, nie potrafiłabym chyba zbudować związku, jestem zbyt zapatrzona w siebie przez tę psychikę oraz strach, że się uzależnię emocjonalnie jak moja matka, która jest DDA, że stracę niezależność (większość kobiet w rodzinie to takie ofiary poddane facetom) i będę ciężarem. Jednocześnie jednak mam okropne pragnienie bliskości, posiadanie kogoś u boku.
Udostępnij ten temat:
Strona 1 z 1

Pomoc





