Dziś mija 3 lata odkąd usłyszałam, że mama nie wybudzi się ze śpiączki. Miałam 20 lat i świat mi się zawalił. Ale dla mnie to tak jakby było wczoraj. Ona była najważniejszą osobą, tylko z nią rozmawiałam o problemach. Teraz duszę wszystko w sobie. Nie mogę sobie poradzić z samotnością. Zostałam ze starszym bratem i ojcem alkoholikiem dla których jestem sprzątaczką i osobą od płacenia rachunków bo ich nic nie interesuje. Często słyszę wyzwiska od jednego i drugiego są wtedy najczęściej po pijaku- wiem jak alkohol działa ale to i tak sprawia, że czuję się jak zero. A jak tylko zacznę się skarżyć do kogokolwiek, do samej siebie a nawet tutaj to czuję się jeszcze gorzej bo wiem, że miliony ludzi ma większe problemy powinnam się cieszyć tym co mam...I dlatego zakładam maskę i udaję...chciałabym widzieć w sobie coś pozytywnego...nie mam odwagi napisać wszystkiego-skrzywdziłam kilka osób chciałam budować swoje szczęście a nieszczęściu innych bo byłam i cały czas jestem naiwna i dlatego nie potrafię nawet myśleć, że zasługuję na coś pozytywnego w życiu...99% osób, które mnie znają powiedzą, że jestem wesołą optymistką a ja mam wyrzuty sumienia, że przed nimi udaję
Strona 1 z 1
Witam
#1
Napisano 28 grudzień 2011 - 20:33
Cały dzień spędzony w łóżku, przeklinam, że i jutro mam wolne i szukam jakiegoś zajęcia, sprawy do załatwienia, dla której miałabym powód wyjść jutro z domu albo chociaż z pokoju. Piszę tutaj bo dziś odważyłam się powiedzieć a raczej napisać kilku osobom, że źle się czuję ze sobą...osobom, które teoretycznie powinny zrozumieć a dowiedziałam się tylko, że zachowuję się jak rozkapryszone dziecko. I znowu postanowiłam zachować to wszystko dla siebie a dla bliskich i znajomych wywalić uśmiech nr 2 i udawać, że wszystko jest ok. Przesadzam, źle do nich napisałam. Już tak mam, że duszę wszystko w sobie a kiedy pęknę używam zbyt ostrych słów-dla nich zbyt ostrych bo dla mnie to, że czuję się jak zero, sz*ata, popapraniec i nienawidzę siebie to nic nowego.
Dziś mija 3 lata odkąd usłyszałam, że mama nie wybudzi się ze śpiączki. Miałam 20 lat i świat mi się zawalił. Ale dla mnie to tak jakby było wczoraj. Ona była najważniejszą osobą, tylko z nią rozmawiałam o problemach. Teraz duszę wszystko w sobie. Nie mogę sobie poradzić z samotnością. Zostałam ze starszym bratem i ojcem alkoholikiem dla których jestem sprzątaczką i osobą od płacenia rachunków bo ich nic nie interesuje. Często słyszę wyzwiska od jednego i drugiego są wtedy najczęściej po pijaku- wiem jak alkohol działa ale to i tak sprawia, że czuję się jak zero. A jak tylko zacznę się skarżyć do kogokolwiek, do samej siebie a nawet tutaj to czuję się jeszcze gorzej bo wiem, że miliony ludzi ma większe problemy powinnam się cieszyć tym co mam...I dlatego zakładam maskę i udaję...chciałabym widzieć w sobie coś pozytywnego...nie mam odwagi napisać wszystkiego-skrzywdziłam kilka osób chciałam budować swoje szczęście a nieszczęściu innych bo byłam i cały czas jestem naiwna i dlatego nie potrafię nawet myśleć, że zasługuję na coś pozytywnego w życiu...99% osób, które mnie znają powiedzą, że jestem wesołą optymistką a ja mam wyrzuty sumienia, że przed nimi udaję
Dziś mija 3 lata odkąd usłyszałam, że mama nie wybudzi się ze śpiączki. Miałam 20 lat i świat mi się zawalił. Ale dla mnie to tak jakby było wczoraj. Ona była najważniejszą osobą, tylko z nią rozmawiałam o problemach. Teraz duszę wszystko w sobie. Nie mogę sobie poradzić z samotnością. Zostałam ze starszym bratem i ojcem alkoholikiem dla których jestem sprzątaczką i osobą od płacenia rachunków bo ich nic nie interesuje. Często słyszę wyzwiska od jednego i drugiego są wtedy najczęściej po pijaku- wiem jak alkohol działa ale to i tak sprawia, że czuję się jak zero. A jak tylko zacznę się skarżyć do kogokolwiek, do samej siebie a nawet tutaj to czuję się jeszcze gorzej bo wiem, że miliony ludzi ma większe problemy powinnam się cieszyć tym co mam...I dlatego zakładam maskę i udaję...chciałabym widzieć w sobie coś pozytywnego...nie mam odwagi napisać wszystkiego-skrzywdziłam kilka osób chciałam budować swoje szczęście a nieszczęściu innych bo byłam i cały czas jestem naiwna i dlatego nie potrafię nawet myśleć, że zasługuję na coś pozytywnego w życiu...99% osób, które mnie znają powiedzą, że jestem wesołą optymistką a ja mam wyrzuty sumienia, że przed nimi udaję
#2
Napisano 28 grudzień 2011 - 20:46
Hej eMko
Może jednak osoby,przed którymi się otworzyłaś nie były tymi właściwymi jednak?Dobrze ,że tu trafiłaś,tutaj możesz opowiadać i rozmawiać do woli.Domowej sytuacji z serca Ci współczuję,to jest kolejny problem,osobny i duży,któremu musisz stawić czoło,bo w końcu zaczniesz działać(o ile już to nie nastąpiło)jak typowa osoba współuzależniona,a tu nie o to chodzi byś brała na siebie nie swój alkoholowy problem,tylko umiała żyć obok niego(to tak pokrótce).Nie jest ważne to,że inni mają większe problemy niż my,bo nie ma takiej skali porównawczej.Twoim problemem jest to,co Ciebie w danym etapie życia wykańcza,czy martwi i nie ma co się porównywać z sytuacją innych.Udawanie zaś uśmiechu i pozytywu prowadzi właśnie do tego,że nam gorzej,bo to olbrzymi kontrast jest między tym co udawane a prawdą,w końcu rodzi się frustracja i chęć powiedzenia "dość",potrzeba by ktoś jednak odkrył naszą prawdę.Tylko wiesz,ludziom teraz się nie chce do drugiego człowieka docierać i "grzebać"w nim.Ze smutnym wzrokiem mówisz"u mnie ok" i przyjmują to,bo po co się trudzić.Każdy z nas popełnił jakieś błędy,czy zrobił komuś jakąś krzywdę czy głupotę,więc nie obwiniaj się za to,co stanowi część życia.Zawsze można starać się lepiej,ale biczować się nie ma co.No to powitałam,teraz się zadomawiaj na forum
No a życie... jakie życie?
Poprzerywana linia na dłoniach.
Poprzerywana linia na dłoniach.
#3
Napisano 29 grudzień 2011 - 11:34
Dziękuję:*
A bo ze mną już tak jest, na terapii grupowej było mi głupio bo wydawało mi się, że każda z tamtych osób ma większe problemy niż ja, a po śmierci mamy potrafiłam mówić tylko o tym bo wcześniejsze problemy nie miały już dla mnie znaczenia i było mi znowu głupio, że gadam ciągle to samo i pewnie zanudzam tych ludzi...wiem, że to nie prawda ale jestem bardzo uparta i jak już raz sobie coś wbiję do głowy to ciężko:( Co do osób, którym powiedziałam o załamaniu-byłam przekonana, że zrozumieją bo były 10 lat wcześniej w tej samej sytuacji po stracie mamy-ale usłyszałam tylko-musisz się pogodzić-nic nie muszę! Mi wystarczy, że się przyzwyczaiłam, że jej nie ma, nie mam zamiaru się godzić z tym, że umarła...heh ciężko znaleźć kogoś z kim można pogadać- a czasem mam wrażenie, że sama nie chcę nic mówić, żeby się znowu nie zrazić bo jakoś te najbliższe osoby najbardziej mnie zawodzą...albo po prostu nie chcę się nikomu narzucać. Nawet tutaj każde zdanie, które piszę odbieram jako użalanie się jęczenie i wstydzę się bo przecież mam gdzie mieszkać, mam stałą pracę- co prawda do domu często nie mam ochoty wracać i od razu zamykam się w pokoju w ciszy a praca jest nudna i dla kogoś kto lubi siedzieć i nic nie robić czyli nie dla mnie-ale tyle osób nie ma tego dachu nad głową i żadnej pracy...i wracam do punktu wyjścia...
A bo ze mną już tak jest, na terapii grupowej było mi głupio bo wydawało mi się, że każda z tamtych osób ma większe problemy niż ja, a po śmierci mamy potrafiłam mówić tylko o tym bo wcześniejsze problemy nie miały już dla mnie znaczenia i było mi znowu głupio, że gadam ciągle to samo i pewnie zanudzam tych ludzi...wiem, że to nie prawda ale jestem bardzo uparta i jak już raz sobie coś wbiję do głowy to ciężko:( Co do osób, którym powiedziałam o załamaniu-byłam przekonana, że zrozumieją bo były 10 lat wcześniej w tej samej sytuacji po stracie mamy-ale usłyszałam tylko-musisz się pogodzić-nic nie muszę! Mi wystarczy, że się przyzwyczaiłam, że jej nie ma, nie mam zamiaru się godzić z tym, że umarła...heh ciężko znaleźć kogoś z kim można pogadać- a czasem mam wrażenie, że sama nie chcę nic mówić, żeby się znowu nie zrazić bo jakoś te najbliższe osoby najbardziej mnie zawodzą...albo po prostu nie chcę się nikomu narzucać. Nawet tutaj każde zdanie, które piszę odbieram jako użalanie się jęczenie i wstydzę się bo przecież mam gdzie mieszkać, mam stałą pracę- co prawda do domu często nie mam ochoty wracać i od razu zamykam się w pokoju w ciszy a praca jest nudna i dla kogoś kto lubi siedzieć i nic nie robić czyli nie dla mnie-ale tyle osób nie ma tego dachu nad głową i żadnej pracy...i wracam do punktu wyjścia...
#4
Napisano 29 grudzień 2011 - 12:01
Możesz po prostu się wyprowadzić. Masz prace, wynajmij coś ze znajomymi albo pokój. Koszt 600 za mies + musiałabyś kupować jedzonko. No i miałabyś spokój nie musiałabyś sie martwić w jakim stanie wróci tatuś albo brat
Uwierz mi dużo by ci to dało, ja jak wyprowadziłam się od mamy odczułam wielką ulge.
. Radziłabym zmiane otoczenia i TERAPIE (z podkreśleniem). Trzymam za ciebie kciuki.
Jestem oazą spokoju. Pierdolonym kurwa, zajebiście wyluzowanym kwiatem na tafli jeziora.
#5
Napisano 29 grudzień 2011 - 12:53
Problem w tym, że tak jak wspomniała Zaklęta ja już jestem współuzależniona...Wzięłam na siebie odpowiedzialność za dom, matkuję ojcu i bratu..Ale marzę żeby się stąd wyrwać, żeby wyjechać i jeszcze parę dni temu była taka szansa-tzn szansa wyjazdy z bliską osobą. Teraz już tego nie ma ale i tak wyjadę lub wyprowadzę się na studia do innego miasta bo nie wyobrażam sobie wynajmować pokój tutaj-tzn mieszkam tuż pod miastem, jeśli miałabym się przenieść do tego miasta to nic by nie dało-wiem, że bym non stop przyjeżdżała sprawdzić co się dzieje w domu a to by mnie chyba jeszcze bardziej wykończyło.
#6
Napisano 30 grudzień 2011 - 12:00
Witaj. Twoja historia jest naprawdę przejmująca. Bardzo Ci współczuję z powodu Mamy...
Jeśli chodzi o Twoją obecną sytuację, uważam, że potrzeby byłby w Twoim życiu jakiś radykalny ruch, np. właśnie wyprowadzka z dala od ojca i brata. Jeśli mówisz, że jesteś współuzależniona, napewno trudno byłoby Ci na początku, ale sądzę, że takie odcięcie dobrze by Ci zrobiło. Nabrałabyś dystansu, przemyślała na spokojnie kilka rzeczy i może to poprostu by Ci pomogło.
Trzymaj się
Jeśli chodzi o Twoją obecną sytuację, uważam, że potrzeby byłby w Twoim życiu jakiś radykalny ruch, np. właśnie wyprowadzka z dala od ojca i brata. Jeśli mówisz, że jesteś współuzależniona, napewno trudno byłoby Ci na początku, ale sądzę, że takie odcięcie dobrze by Ci zrobiło. Nabrałabyś dystansu, przemyślała na spokojnie kilka rzeczy i może to poprostu by Ci pomogło.
Trzymaj się
#7
Napisano 30 grudzień 2011 - 12:29
witaj,
wg mnie potrzebujesz terapii dla osób współuzależnionych...może mogłabyś znaleźć jakąś poradnię leczenia uzależnień?
moja przyjaciółka, współuzależniona (mąż-alkoholik) swego czasu zgłosiła się do takiej poradni i bardzo szybko stanęła na nogi
i właśnie dzięki temu jej mąż jest trzeźwy od kilku lat
a ona nie oszalała...
współuzależnienie to syf i bagno, z którego chyba nie da się wyjść samemu, bez fachowej pomocy
popieram też pomysł przeprowadzki, wynajęcia choćby pokoju i życia na własną rękę,
bo niańcząc dwóch dorosłych alkoholików nie pomagasz ani sobie, ani im
wg mnie potrzebujesz terapii dla osób współuzależnionych...może mogłabyś znaleźć jakąś poradnię leczenia uzależnień?
moja przyjaciółka, współuzależniona (mąż-alkoholik) swego czasu zgłosiła się do takiej poradni i bardzo szybko stanęła na nogi
i właśnie dzięki temu jej mąż jest trzeźwy od kilku lat
a ona nie oszalała...
współuzależnienie to syf i bagno, z którego chyba nie da się wyjść samemu, bez fachowej pomocy
popieram też pomysł przeprowadzki, wynajęcia choćby pokoju i życia na własną rękę,
bo niańcząc dwóch dorosłych alkoholików nie pomagasz ani sobie, ani im
Udostępnij ten temat:
Strona 1 z 1

Pomoc








