Zawsze uwielbiałam moich rodziców, w podstawówce i gimnazjum byli super, dużo rozmawialiśmy, mieliśmy świetny kontakt, nigdy nie było poważniejszej kłótni.
Problemy zaczęły się przed maturą, rodzice stali się nerwowi, agresywni, niezdolni do jakichkolwiek kompromisów. Z góry mówię, że byłam bardzo dobrą uczennicą, zawsze średnia z paskiem, imprezy bez upijania się, bez palenia papierosów, narkotyków, jeden stały, fajny chłopak od początku szkoły średniej. Podczas kłótni zaczęli rozbijać szyby w drzwiach do mojego pokoju, obrażać mojego chłopaka, sugerować mi, że jestem mało ambitna, mało inteligentna, niedojrzała, że nie jestem taka jak inne koleżanki, jak moja starsza siostra. W końcu trochę się uspokoili i doszło do tego, że zauważyli moje staranie się, docenili pracę nad materiałem przygotowującym do matury. Powiedzieli, że jak mi coś nie wyjdzie, zestresuję się - będą i tak szczęśliwi i dumni. Oczywiście tak się nie stało, egzamin maturalny w tym roku był dla mnie bardzo trudny, wyniki miałam dość przeciętne, rodzice obrazili się, potraktowali mnie jak debila, mieli niekończące się pretensje, na każdym kroku pokazywali jak bardzo ich zawiodłam. Od tej chwili z wesołej, towarzyskiej dziewczyny powoli zamieniałam się w zamkniętą w sobie, mrukliwą i niesympatyczną osobę.
Ustaliłam z rodzicami, że maturę poprawię w przyszłym roku, a na ten czas będę studiować kierunek przejściowy, żebym nauczyła się żyć samodzielnie. Wynajęliśmy mieszkanie, wprowadziłam się, odebrałam legitymację i indeks, wyrobiłam bilet miesięczny, znalazłam współlokatorów. Wszystko jakoś zaczęło mi się przejaśniać. Nagle dostaliśmy ze Szczecina telefon, że dostałam się jakimś cudem na płatne studia medyczne (składałam na nie papiery, bo moi rodzice na to bardzo naciskali od początku liceum - oboje są lekarzami). Oczywiście rodzice zadecydowali za mnie, zmusili mnie do przeprowadzki z Gdańska do Szczecina szantażem - straszyli, że każą mi zerwać z chłopakiem, że już się nie zobaczymy, że będą dzwonić do sąsiadek i pytać jak się zachowujemy, że wyrzucą moich współlokatorów, że będą przyjeżdżać w środku nocy i sprawdzać czy się uczę. Poza tym nasłuchałam się wieeeelu niemiłych słów o sobie, o moim związku - że chłopak jest ze mną tylko dla seksu, że jest ze mną, bo nie jest w stanie znaleźć lepszej (jest chory na nerczycę), że jestem dla niego pielęgniarką i nikim innym. Że chce mnie sprowadzić do roli praczki i sprzątaczki, żeby poczuć się bardziej męski.
Obecnie mieszkam i studiuje w Szczecinie, nie daję sobie rady ani z nauką, ani z psychiką, ani z rodzicami. Od miesiąca codziennie płaczę, przytyłam, wypadają mi włosy, odcięłam się całkowicie od ludzi, kłócę się na okrągło z chłopakiem, mam myśli samobójcze, samo okaleczam się. Rozmowy z rodzicami NIC nie dają, każą mi siedzieć na tych studiach i nic ich nie interesuje poza moimi kolokwiami i egzaminami. Rozmowy telefonicznie kończą się moimi histeriami, poczuciem samotności i beznadziei. Nasłuchałam się już, że jestem okropną córką, darmozjadem, bez ambicji, w toksycznym związku, chorą psychicznie osobą, że nigdy nie poprawię matury, bo jestem do dupy, że przeze mnie spać nie mogą i że ja ich wykańczam. Wczoraj nastąpił punkt kulminacyjny, kolejne teksty w stylu: "Jak się Tobie spało? Bo my W OGÓLE nie spaliśmy. Jesteś z siebie dumna?", kolejne obelgi w stronę moją i mojego chłopaka. W połowie rozmowy rzuciłam słuchawką, wyłączyłam telefon i wpadłam w histerię. W środku nocy wybiegłam z mieszkania, nie wiem jakim cudem przeszłam kilka kilometrów, miałam w głowie tylko to, że jestem nikim i że będę do końca życia nikim, że zniszczyłam życie sobie i rodzicom i że moje życie nie jest nikomu potrzebne. Chciałam dojść do obwodnicy, skoczyć pod samochód, cokolwiek zrobić, bo bolała nie głowa, całe ciało, nie miałam sił do życia. Na szczęście zadzwoniła starsza siostra, uspokoiła mnie, pogadała od serca, wytłumaczyła wszystko na spokojnie. Kazała mi wrócić do domu, co w końcu zrobiłam.
W nocy nie mogłam spać, cały czas płakałam, rano obudziłam się za późno, żeby iść na zajęcia, cały dzień mam poczucie beznadziei, zawieszenia, jest mi ciemno i duszno, chcę płakać, wysyłam jakieś histeryczne smsy do chłopaka. Nie mam siły kolejny raz słuchać od rodziców jakim jestem gównem, mam wrażenie, że nic dobrego mnie już nie spotka. Boję się świąt, boję się ich rozczarowanych spojrzeń, boję się spotkania z rodziną. Nie mam pojęcia co ze sobą mam zrobić, pomocy.

Pomoc










