Ale do rzeczy.
Gdzieś natknąłem się na budującą acz nieco naiwną w moim odczuciu myśl, że depresja potrafi być inspiracją dla artystów. Depresja jako taka może i tak, ale z moich osobistych doświadczeń wynika, że będąc w stanach głęboko depresyjnych w ogóle nie da się tworzyć. Dla mnie to niewyobrażalne, to tak jakby oczekiwać kwietnych dywanów na pogorzelisku jądrowym.
W stanie nasilonej depresji jestem w stanie co najwyżej gapić się w ścianę, ew. niszczyć coś co wcześniej zrobiłem ale nigdy tworzyć. Twórczość wymaga spontaniczności i energii, ożywionego czymś ducha a tu co... pusta beczka po oleju? Próbowałem wielokrotnie potraktować rysunek (bo to moja dziedzina) jak odskocznię, deskę której się można uchwycić... ze skutkiem takim, że deska za każdym razem okazywała się być brzytwą. Zamiast mi pomóc strącało mnie to w jeszcze większa otchłań pozbawiona nadziei. Dla mnie to bardzo ważne bo rysunek jest właściwie jedynym moim powodem do życia...
Czy jest ktoś kto ma podobne doświadczenia? A może komuś udało się to zrobić? Jak?
Użytkownik Nic edytował ten post 08 marzec 2012 - 13:34

Pomoc













