Strona 1 z 1
Czasem bardziej boję się życia... niż samej śmierci...
#1
Napisano 17 listopad 2011 - 23:14
Ja się samej śmierci jako takiej nie boję... świadomość, że od samego początku naszego istnienia na kuli ziemskiej, życiu towarzyszy nieodłączna śmierć, powoduje, że ja się już nie boję... śmierć, to etap naszego istnienia, to koniec, który jednocześnie jest początkiem czegoś nowego... na to nie mamy absolutnie żadnego wpływu... pomyślcie ilu ludzi już odeszło z naszej rzeczywistości, kula ziemska od miliardów lat dzień po dniu "karmi się" człowiekiem, karmi się tym co pozostało po życiu... żyjemy w materii przesiąkniętej wszystkimi tymi, co kiedyś odeszli... tak jak w Biblii jest napisane, że "ciało prochem się stało", tak my naszym potocznym językiem możemy powiedzieć, że ciało "komórką" się stało... drobną cząstką, materią, która nadal krąży w naszej przestrzeni,w ziemi, w powietrzu, w wodzie... zatem jesteśmy otoczeni naszymi bliskimi, oni nadal są wśród nas, tylko w innej postaci... a dusza? to już kwestia wiary... ja osobiście uważam, że żadna religia świata nie ma monopolu na prawdę... człowiek wierzy, bo bez tego traci poczucie sensu istnienia, ale zauważcie ile jest religii i wierzeń, teorii na świecie! Ja uważam, że prawdy dowiemy się dopiero po drugiej stronie życia, i że ta prawda jest zupełnie inna niż ta, której uczymy się od religijnych kręgów... ja wierzę w to, że wszyscy ludzie na ziemi żyją w błędzie, bo wszyscy niezależnie od rasy, wieku, wiary, wyglądu pochodzimy od tego samego źródła istnienia i podążamy do tego samego źródła "nowego" życia... Jedyne czego się boję... że odejdę nie zostawiając po sobie jakiejkolwiek wartości dla tych, których kocham... a czasem mam wrażenie, że mimo, że żyję dla niektórych już umarłam, nawet fakt, że istnieję i dzielę się z ludźmi swoim ciepłem, emocjami, miłością nie jest dla niektórych żadną wartością... życie jest takie krótkie i takie ciężkie a my przeliczamy się na pieniądze, porównujemy kto lepszy, kto gorszy, kto mądrzejszy, kto piękniejszy, kto mi da w życiu lepszą pszyszłość i tak bardzo nie doceniamy tego co mamy... człowiek dziś jest nieszczęśliwy bo wie co można w życiu mieć i za tym dąży, o tym marzy, za tym rozpaczliwie biegnie zapominając o najważniejszych wartościach o sobie, o drugim człowieku, o tych, których kocha...
#2
Napisano 18 listopad 2011 - 02:27
Witaj Niewesoła
Moje odczucia są podobne , te tyczące śmierci,różnych religii ,zmiany materii w inną energie,we wspólne żrudło z którego wszyscy pochodzimy i do którego pójdziemy,jak i dostrzegam to destruktywne podejście ludzi do życia na MIEĆ a nie na BYĆ.Już od pewnego czasu wyznaję zasadę jaką gdzieś wyczytałam,a która mi bardzo ułatwia życie .
,,W życiu chodzi nie o to ,aby mieć wszystko ,czego się pragnie,ale o to ,aby pragnąć wszystkiego ,co się ma."
Zgadzam się że w tej gonitwie w życiu za MIEĆ lepsze, pieniądze ,uznanie ,wiedzę itd..........w tym szaleństwie sami zatraciliśmy sedno sensu życia,radowania się bytnością na ziemi ,doświadczania samego bycia człowiekiem,dzielenia się sobą.Dzisiaj jestem wdzięczna losowi że pozwolił mi to dostrzec i zrozumieć ,że ja nikogo nie mogę przekonać, czy zmienić .Za to mogę swoim przykładem pokazać innym że można żyć by BYĆ ,radować się byciem,każdą chwilą .Stereotypy ,priorytety jakie społeczeństwo wyznaje to jego sprawa ,ja nie muszę być ich wyznawcą,choć rozumiem że to ślepo przyjęte dziedzictwo minionych pokoleń .Ja nie przeszkadzając innym żyję według swoich.
Moje odczucia są podobne , te tyczące śmierci,różnych religii ,zmiany materii w inną energie,we wspólne żrudło z którego wszyscy pochodzimy i do którego pójdziemy,jak i dostrzegam to destruktywne podejście ludzi do życia na MIEĆ a nie na BYĆ.Już od pewnego czasu wyznaję zasadę jaką gdzieś wyczytałam,a która mi bardzo ułatwia życie .
,,W życiu chodzi nie o to ,aby mieć wszystko ,czego się pragnie,ale o to ,aby pragnąć wszystkiego ,co się ma."
Zgadzam się że w tej gonitwie w życiu za MIEĆ lepsze, pieniądze ,uznanie ,wiedzę itd..........w tym szaleństwie sami zatraciliśmy sedno sensu życia,radowania się bytnością na ziemi ,doświadczania samego bycia człowiekiem,dzielenia się sobą.Dzisiaj jestem wdzięczna losowi że pozwolił mi to dostrzec i zrozumieć ,że ja nikogo nie mogę przekonać, czy zmienić .Za to mogę swoim przykładem pokazać innym że można żyć by BYĆ ,radować się byciem,każdą chwilą .Stereotypy ,priorytety jakie społeczeństwo wyznaje to jego sprawa ,ja nie muszę być ich wyznawcą,choć rozumiem że to ślepo przyjęte dziedzictwo minionych pokoleń .Ja nie przeszkadzając innym żyję według swoich.
miłość prawdziwa to taka która daje wolność
#3
Napisano 18 listopad 2011 - 18:31
Cześć Wam,
najbardziej lubimy zycie w okresie dziecinstwa.Tyle rzeczy nas raduje,nawet lizak kupiony w sklepie.Z biegiem czasu zaczynamy dostrzegac coraz to wiecej szarosci..az w okresie doroslosci doznajemy bolu istnienia. Tyle obowiazkow, zadan, problemow, przemyslen..a gdzie radosc? Czlowiek staje sie odpowiedzialny za swoje czyny,za samego siebie, potem za swoje dzieci. Na tyle rzeczy nie ma wplywu. Chce sie komus przypodobac,zyje nadzieja..a ta nasza 'budowana piramidka' i tak sie rozpada. To przeraza,niesamowicie. Czekamy na to uczucie kiedy az bedziemy tryskac szcesciem ,radoscia i rozweselac ludzi wokol. Pani psychiatra powiedziala mi,ze przyjda takie dni. Juz prawie miesiac biore lek, ale nie czuje tego 'czegos pozytywnego'. Tego nie bedzie. Trzeba pogodzic sie z ta rzeczywistoscia i pracowac, pracowac do utraty tchu..o przetrwanie..a nie radowanie. Czlowiek tak naprawde jest zawsze samotny.
'Zycie to ciagle utraty'
Chyba na religi, o ile dobrze pamietam, dowiedzialam sie,że :'im czlowiek wiecej wycierpi za zycia tym spotka go lepsze zycie po smierci'.
Bez komentarza pozostawiam to stwierdzenie. Moze Wy chcecie cos dodac na ten temat?
A wiecie co tak bardzo,bardzo mnie boli? to,że w szkole bylam ambitna,duzo sie uczylam,odbieralam sobie przyjemnosci,chcialam do czegos dojsc,ale mialam trudnosci w nauce. A kolega czy kolezaka z klasy zapamietywala wiedze w szybkim tempie i pozostaly czas wykorzystywala na rozrywki.Ja upadlam..bo juz nie daje rady..odpycha mnie od ksiazek..nie moge sie uczyc..i te mysli:
,,gdybym byla taka zdolna to ojej,,czego ja nie zrobila..''
ból, brak odpowiedzi...dlaczego?
najbardziej lubimy zycie w okresie dziecinstwa.Tyle rzeczy nas raduje,nawet lizak kupiony w sklepie.Z biegiem czasu zaczynamy dostrzegac coraz to wiecej szarosci..az w okresie doroslosci doznajemy bolu istnienia. Tyle obowiazkow, zadan, problemow, przemyslen..a gdzie radosc? Czlowiek staje sie odpowiedzialny za swoje czyny,za samego siebie, potem za swoje dzieci. Na tyle rzeczy nie ma wplywu. Chce sie komus przypodobac,zyje nadzieja..a ta nasza 'budowana piramidka' i tak sie rozpada. To przeraza,niesamowicie. Czekamy na to uczucie kiedy az bedziemy tryskac szcesciem ,radoscia i rozweselac ludzi wokol. Pani psychiatra powiedziala mi,ze przyjda takie dni. Juz prawie miesiac biore lek, ale nie czuje tego 'czegos pozytywnego'. Tego nie bedzie. Trzeba pogodzic sie z ta rzeczywistoscia i pracowac, pracowac do utraty tchu..o przetrwanie..a nie radowanie. Czlowiek tak naprawde jest zawsze samotny.
'Zycie to ciagle utraty'
Chyba na religi, o ile dobrze pamietam, dowiedzialam sie,że :'im czlowiek wiecej wycierpi za zycia tym spotka go lepsze zycie po smierci'.
Bez komentarza pozostawiam to stwierdzenie. Moze Wy chcecie cos dodac na ten temat?
A wiecie co tak bardzo,bardzo mnie boli? to,że w szkole bylam ambitna,duzo sie uczylam,odbieralam sobie przyjemnosci,chcialam do czegos dojsc,ale mialam trudnosci w nauce. A kolega czy kolezaka z klasy zapamietywala wiedze w szybkim tempie i pozostaly czas wykorzystywala na rozrywki.Ja upadlam..bo juz nie daje rady..odpycha mnie od ksiazek..nie moge sie uczyc..i te mysli:
,,gdybym byla taka zdolna to ojej,,czego ja nie zrobila..''
ból, brak odpowiedzi...dlaczego?
#0 Bot Reklamowy
#4
Napisano 18 listopad 2011 - 20:51
Ja już po prostu nie mam siły żyć... człowiek potrzebuje w życiu poczucia, że ma obok siebie przyjaciół, że jest doceniany mimo wszelkich swoich wad... niezwykle potrzebna jest świadomość, że posiada jakieś cechy pozytywne... ja czuję się jakbym nie pasowała do tego świata... mam wrażenie, że moja samotność i ból duszy powodują, że świat widzi moją słabość i traktuje jak niepoukładaną emocjonalnie, jak chorą albo trędowatą... mam smutną duszę, podcięte skrzydła przez własną rodzinę, poczucie odrzucenia przez najbliższych i brak poczucia własnej wartości... chciałabym umrzeć... ale jestem zbyt naiwna, bo ciągle wierzę, że kiedyś coś się zmieni... aczkolwiek wiara ta sukcesywnie słabnie...
#6
Napisano 20 listopad 2011 - 22:06
Użytkownik Niewesoła dnia 18 listopad 2011 - 20:51 napisał
Ja już po prostu nie mam siły żyć... człowiek potrzebuje w życiu poczucia, że ma obok siebie przyjaciół, że jest doceniany mimo wszelkich swoich wad... niezwykle potrzebna jest świadomość, że posiada jakieś cechy pozytywne... ja czuję się jakbym nie pasowała do tego świata... mam wrażenie, że moja samotność i ból duszy powodują, że świat widzi moją słabość i traktuje jak niepoukładaną emocjonalnie, jak chorą albo trędowatą... mam smutną duszę, podcięte skrzydła przez własną rodzinę, poczucie odrzucenia przez najbliższych i brak poczucia własnej wartości... chciałabym umrzeć... ale jestem zbyt naiwna, bo ciągle wierzę, że kiedyś coś się zmieni... aczkolwiek wiara ta sukcesywnie słabnie...
Myślę, że nie jesteś naiwna, masz nadzieję, do której się przyznajesz i obyś miała ją cały czas.
Każdy człowiek posiada cechy pozytywne nawet jeśli sam ich w sobie nie dostrzega, to i tak je ma. Co do przyjaciół bywa różnie, bo o takowych i w dodatku prawdziwych jest naprawdę ciężko, co jest smutne. Może to mało będzie znaczyć, ale ja Cię doceniam, to co piszesz jest wartościowe i mądre, mam więc nadzieje, że się nie poddasz.
Myśl jest najgorszym z pasożytów..
#7
Napisano 06 grudzień 2011 - 21:23
A jak Waszym zdaniem przetrwać święta? Dla mnie to czas nasilonej depresji... udawanie zadowolonej z życia wśród ludzi, którzy udają rodzinkę dobija mnie bardziej niż bym miała sama przesiedzieć ten czas... a do tego wysłuchiwanie narzekań na kryzys, brak pieniędzy, wydłużony czas pracy, ogóly bezsens życia i bezsens politycznego światka ble ble ble... już mi się odechciewa...
#8
Napisano 21 grudzień 2011 - 21:54
Użytkownik Niewesoła dnia 06 grudzień 2011 - 21:23 napisał
A jak Waszym zdaniem przetrwać święta? Dla mnie to czas nasilonej depresji... udawanie zadowolonej z życia wśród ludzi, którzy udają rodzinkę dobija mnie bardziej niż bym miała sama przesiedzieć ten czas... a do tego wysłuchiwanie narzekań na kryzys, brak pieniędzy, wydłużony czas pracy, ogóly bezsens życia i bezsens politycznego światka ble ble ble... już mi się odechciewa...
Dokładnie, mam dosyć juz samego myslenia o swietach, do niedawna moglem je jeszcze przesiedziec z kims kto mial ten sam albo i gorszy problem ale teraz musze sie meczyc z innymi
#0 Bot Reklamowy
#9
Napisano 21 grudzień 2011 - 22:10
Święta czy nie święta po prostu nienawidzę siebie i swojego życia i nie ma to znaczenia.
Kiedyś miałem takie samo przemyślenie - bardziej bałem się życia niż śmierci. Teraz - to już nie strach. Po prostu takie olbrzymie, miażdżące od środka uczucie - że nie chcę tu być i żyć.
Kiedyś miałem takie samo przemyślenie - bardziej bałem się życia niż śmierci. Teraz - to już nie strach. Po prostu takie olbrzymie, miażdżące od środka uczucie - że nie chcę tu być i żyć.
Udostępnij ten temat:
Strona 1 z 1

Pomoc








