Ja jestem gdzieś w połowie leczenia, więc z jednej strony kontakty z ludźmi są wciąż dla mnie czymś bardzo trudnym, ale z drugiej wiem, że odcinać absolutnie się nie wolno. Nie powiem... ja zawsze byłam bardzo otwarta, śmiała do obcych i nie-obcych (heh... jak byłam w liceum bardzo chciałam zostać dziennikarką). Nawet powiem, że ten stan do pewnego stopnia się odtworzył. To chyba mogę policzyć sobie jako gigantyczny sukces, ale... Zawsze jest jakieś ale. Robiłam i robię dalej to, o czym pisze marta1111, czyli wchodzę w zupełnie przelotne kontakty z ludźmi - sklep, przystanek, szkoła, cokolwiek, a nie potrafię żadnej z nich przekuć w jakąś stałą, nawet "średnio-powierzchowną" relację. Panicznie boję się, że zostanę ostatecznie odrzucona i znów będę musiała przechodzić przez cały ten nieszczęsny proces "radzenia sobie z tym". Poza tym, jak pisałam, wokół mnie nie ma za dużo ludzi, więc szukam miejsc względnie bezpiecznych (jak na standardy naszych bardzo wrażliwych osobowości

), gdzie można by kogoś poznać.
@Satin: Masz rację. Przyjaźnie są sumą przypadków. Ale przypadkom czasem trzeba pomóc, nie?

A z tym strachem przed budowaniem trwałych relacji chyba trafiłeś w sedno. Ja w ogóle na samą myśl np. o związku widzę już jego koniec, odrzucenie, ból, samotność (znowu) itp. Nie potrafię sobie wyobrazić, albo inaczej - siebie przekonać, że można być szczęśliwym teraz, w tym danym momencie i nie myśleć o tym co będzie później. Takie zupełne odwrócenie tego, co faktycznie jest ważne.
Co do nieśmiałości... miałam to szczęście, że akurat ona mnie nigdy nie dotyczyła. Ale co z tego, jak był dość długi okres w moim życiu, gdy każdy kontakt z człowiekiem był drogą przez mękę, okupioną zmęczeniem, niską samoocenę i wydatkowaniem 100% mojej energii na udawanie, że jestem zupełnie innym, czyt. zdrowym i wesołym człowiekiem. Taki dziwny mechanizm się we mnie wytworzył. Pokazywałam się ludziom z totalnie innej strony niż faktycznie się czułam, a gdy nikt nie patrzył - spałam albo siedziałam jakaś taka otępiała przed komputerem, szukając motywacji do zrobienia czegokolwiek.
@marta1111: Te kółka zainteresowań to chyba nie jest taki zły pomysł. Niestety utknęłam w bardzo małej miejscowości, więc chyba zostaje mi... koło gospodyń wiejskich?

Choć w sumie nie... ja na wsi nie mieszkam

Będę musiała się nad tymi kółkami zastanowić i pomyśleć czym się interesuje :| Przez tę d. moje zainteresowania strasznie się spłyciły

Poza tym, jak mam chwilkę to zajmuję się rzeczami, które raczej niespecjalnie sprzyjają kontaktom z ludźmi. Choć może się mylę.
Już miałam wysyłać tego posta, ale jeszcze pomyślałam o jednej rzeczy. Tak naprawdę za moimi pytaniami z pierwszego postu w tym temacie chyba nie stoi kwestia miejsc i sposobów szukania ludzi, choć to też jest ważne na zasadzie ja on/ona jest w stanie, to znaczy, że tak się da, więc może warto spróbować. Bardziej zastanawia mnie czy tylko ja tak mam (pewnie nie

), że żyję w przekonaniu, że moja osoba nic wartościowego czy konkretnego nie może wnieść w życie innych, że nic nie robię, więc niczym ludziom nie mogę się pochwalić (nie chodzi o samochwalstwo), że jeżeli robię np. jeden rysunek na pół roku, to tak jakbym nie robiła żadnego, więc nie warto z tym wychodzić do ludzi, bo wyśmieją czy coś w ten deseń. Albo idąc dalej... bo jestem taka, a nie inna, ze wszystkimi moimi wadami i zaletami jestem tylko jedną z wielu, a konkurencja jest duża. Ech.. czemu nie da się z siebie tak po prostu zmyć tych wszystkich głupich myśli i problemów? To wszystko jest takie idiotyczne. Depresja jest głupia.