Jak rozmawiac z chorym... prosze o rady
#1
Napisano 13 kwiecień 2011 - 15:54
witajcie - mpoj pierwszy post kieruje tutaj, potrzebuje bowiem sensowanej porady, licze, ze ktos z Was bedzie umial mi jej udzielic i troche wesprzec...
Moj zyciowy partner /TZ/ choruje juz kilka ladnych lat na depresje. Jest swiadom swojej choroby, leczy sie, ja go w tym wspieram, raz jest lepiej, raz gorzej.
Teraz jestesmy w strasznym dolku...
Moje pytanie jest takie - jak mam rozmawiac z TZ - pocieszac, wyciagac z domu np. na spacer, rozmawiac czy zostawic w spokoju, nie "ruszac" tematu?
Wiem, to pewnie fundamentalne pytania, a ja, mimo, ze juz 6 rok zyjemy z jego choroba, wiem coraz mniej...
TZ wybucha zloscia, placze, spi calymi dniami - a ja juz nie wiem co robic. Sama sie rozklejam, becze - prosze zmotywujcie, doradzcie.....
Podeslijcie linka do jakiejs sensownej lektury na ten temat - szukalam w internecie, ale oprocz sloganow, zadnej KONKRETNEJ i szczegolowej analizy
tego problemu nie znalazlam.
Generalnie - jak zyc z osoba w depresji? Jak ulzyc jej, a jak pomoc sobie?
#2
Napisano 17 kwiecień 2011 - 15:59
6 lat to długo... ja jestem w podobnej sytuacji. Jesteśmy razem 1,5 roku i 1,5 roku z depresją. Mój chłopak podejmował leczenie już kilka razy, zawsze przerywał bo mówił że to i tak nie ma sensu. Teraz znów jest na terapii... dopiero jedno spotkanie ale mam nadzieję, że wytrwa. Przeraża mnie myśl, że to nigdy nie minie.. ja czuję, że się wypalam. Już nie wiem gdzie jest góra a gdzie dół. Sama czuję się jak w pralce... Zastanawiam się co jest chorobą a co w nim jest prawdziwe? Czy w ogóle da się to wyleczyć? Czy można żyć normalnie?
Co mówić? Co robić? Jestem zła, na niego że nie chce się leczyć, na siebie że nie umiem mu pomóc...
#3
Napisano 19 kwiecień 2011 - 00:05
Zaczęło się od przeprowadzki... ja dostałem pracę, KK niestety nie... potem pojawiła się malutka KK... Duża KK po roku na chwilę znalazła pracę, ale niestety nie potrafiła się dostosować - tzn. nie mogła dogadać się ze współpracownikami i szefową... zrezygnowała... wspierałem ją wtedy we wszystkim co robiła, mówiłem, że rzeczywiście jeżeli jej tak źle w tej pracy, to niech zrezygnuje, poszuka czegoś innego... nic innego się nie pojawiło...
No może się pojawiło - pojawili się winni - na pierwszym miejscu ja (ty gnoju to wszystko twoja wina) i malutka KK (ja nie powinnam mieć dzieci, jestem złą matką, po co ona sie urodziła?).
Chcąc łagodzić sytuację, doprowadzić do "normalności" tak mocno wszedłem pod pantofel, że chyba byłem w tym mistrzem świata.Niestety - nie byłem w stanie dostarczyć mojej żonie pewnych rzeczy - realizować jej marzeń, jak np wyjazd na fajny urlop - za granicę, bo "kasa nie puszcza".
Jak dowiedziałem się że malutka KK ma się pojawić - chciałem jej zapewnić szczęśliwe dzieciństwo - chciałem żebyśmy mieszkali w domku z ogrodem, razem przy nim różne rzeczy robili... Mam dom i kredyt... a moja KK strasznego doła - i jak twierdzi - więzienie.
I nikt z nas nie jest szczęśliwy... Dodatkowo - przeze mnie - nie czuje się kobietą...
W pewnym momencie, doszło do tego, że wychodziłem do pracy, a po powrocie aż do zaśnięcia malutkiej KK zajmowałem się nią w 100%, raz nawet musiałem wrócić z pracy w połowie dnia ponieważ "ja wychodzę, a co z nią będzie mnie nie obchodzi - masz przyjechać" praca mi podziękowała... niestety czasem praca wymagała dłuższego zostania, czasem wyjazdu - a ja stałem się bardzo niedyspozycyjny... Pojawiła się druga praca - niestety nie za te pieniądze, więc właczyłem kalkulator i założyliśmy firmę - funkcjonuje do dziś... "Core bussinness" prowadzę ja, ale firma jest na KK. Tylko dlatego, że miałem nadzieje, że pociągnie ją to do działania, że spróbuje jakiejkolwiek próby wyjścia, przełamania się, aktywności... Poddaje kilka pomysłów tygodniowo, ale to nie pomaga...
to ja zaczynam się poddawać...
Po co to piszę? Może po to, żeby ktoś z Was, kto zobaczy trochę analogii między sobą i moją KK lub swoim partnerem a mną i poradzi mi, spróbuje napisać, jak walczyć z problemem?
Czym dla mnie jest depresja?
Dla mnie to ostrokół, niestety zaklęty w ten dziwny sposób, że wszyscy spoza niego wydają się wrogami z którymi trzeba walczyć, a w środku siedzi moja KK, i płacze, że go nie przechodzę (tylko dlaczego jednocześnie do mnie "strzela" gdy staram się go przekroczyć?)
i widzę trzy rozwiązania tej magicznej wojny:
1) gdy "przejdę ostrokół" zły czar pryśnie, a "ze zwykłym" spokojnie damy sobie radę
2) ostrokół wyrośnie wokół mnie i będziemy do siebie strzelać aż któreś padnie
3) ostrokół okaże się nie do przebycia a ja ... oddale się na tyle na ile to możliwe...
Basieńka, Arachne - mam nadzieje ze Was nie mecze tym postem, ale mam tez nadzieje, ze "obroncy" ostrokolu napiszą nam, gdzie on ma słaby punkt...
#0 Bot Reklamowy
#4
Napisano 13 grudzień 2011 - 17:47
ze nie dotarlo powiadomienie o Waszych postach i bylam pewna, ze nikt sie nie odezwal....
Kolejne smutki sprowadzily mnie tutaj i dopiero teraz odkrylam Wasze wpisy... jestescie jeszcze tutaj?? Odezwijcie sie...!
Nadrobie zaleglosci, chetnie pogadam i wyslucham...
Dzis ja sama potrzebuje rady i ogromnnie o nia prosze osoby, ktore sa w temacie madrzejsze ode mnie... Bardzo to wazne dla mnie.
Od wczoraj czytalam wiele watkow na tym forum, jednak nie znalazlam odpowiedzi - pomozcie!!! Prosze!
Moja sytuacja opisana w pierwszym poscie praktycznie bez zmian, tyle, ze wyszlam za mojego ukochanego za maz.
Ten rok jest chyba najtrudniejszym dla mnie i dla meza w calej jego historii depresji. Wiem o tym, ze moj maz powoli, ale konsekwentnie
przygotowuje sie do tego, by pozegnac sie ze swiatem. Mowi mi o tym od czasu do czasu, ze spokojem jednak i pogodzeniem,
napewno nie jest to jego decyzja podjeta pod wplywem impulsu, nie jest to tez /chyba??/ proba zwrocenia na siebie uwagi, tylko rodzaj wyboru.
Maz twierdzi,ze jak kiedys przerosna go problemy, to odbierze sobie zycie - nie wie kiedy to bedzie, ale jest tego pewien.
Ostatnio czuje sie bardzo zle, temat pojawia sie co rusz. Widze, ze stara mi sie przekazac pewne rzeczy, nauczyc mnie pewnych dzialan
zwiazanych z nasza firma jeszcze zanim go braknie. Jest miedzy nami 17 lat roznicy i moj maz jest jednoczesnie moim mentorem
i taki ton przyjmuje wlasnie w tej sytuacji.
A ja nie wiem jak z nim o tym rozmawiac... Czy milczec i zgadzac sie na to? Czy przekonywac, ze bedzie lepiej /skoro sama nie wiem czy bedzie/?
Czy jasno niezgadzac sie z takimi jego "planami", czy uszanowac to?
Boze... ja nie wiem jak mam reagowac...
Do tego maz ma ataki zlosci - jest zly na wszyskich i o wszystko. Czy mam w takich sytuacjach milczec? Czy uspokajac?
Ktos na forum pisal o fajnej ksiazce o tym jak rozmawiac z mezczyzna w depresji. Wlasnie kupilam, czekam na nia jak na zmilowanie -
mam jakas taka nadzieje, ze tam znajde odpowiedzi na to wszystko, co mnie dreczy.
Jak rozmawiac z chorym? Pomozcie! Czytam, ze nie pocieszac, ze nie zapewniac ze bedzie ok? To co robic????
#5
Napisano 14 grudzień 2011 - 19:49
Przede wszystkim zycze siły i wytrwałości dla Ciebie. Nie odpuszczaj. Dbaj o wlasna energie.
Depresja zwłaszcza u mężczyzn często potrafi ukrywać się pod atakami złości, przez to spokojnie inkubuje i dojrzewa niezauważona a często też utrzymuje się w takiej formie w tzw. "lepszych okresach".
Piszesz - "leczy się" tzn. jak to wygląda konkretnie...
www.celsukces.blogspot.com
#6
Napisano 14 grudzień 2011 - 23:17
Leczy sie - to znaczy ma regularne wizyty u psychiatry, zazywa leki, do psychoterapeuty maz isc nie chce.
Padla taka propozycja calkiem niedawno - ale odmowil. Nie chce go tez przymuszac do niczego, zeby nie bylo gorzej niz jest.
Ja sie do tej cholernej depresji juz w duzej mierze przyzwyczailam, ale jak sa takie momenty, jak dzis - to pekam...
Poprotu siadam i mam dosc - oczywiscie, byle tylko maz nie zauwazyl, ze jest mi smutno, czy placze gdzie pokatnie, bo albo go to zlosci,
albo ma takie poczucie winy, ze chce juz z soba konczyc! A ja wtedy blagam, placze, tlumacze - no i sie robi cyrk, on w dolku, a ja go podlapuje....
choc to on chory, nie ja. Ja - jedynie bezradna.
Staram sie te paskudna chorobe rozgryzc - no i nie umiem...
Dzis maz stwierdzil, ze on nie chce zadnych Swiat, tylko zakopac sie w norze i "przestac byc"...
I wlasnie w takich momentach ja nie wiem jak reagowac. Doradzcie cos - czy przemilczec, pocieszyc, wybijac taka mysl z glowy??
#7
Napisano 15 grudzień 2011 - 08:27
a tym jest właśnie farmakoterapia
psychoterapia ma za zadanie zlikwidować przyczyny choroby
może upraszczam, ale sama jestem chora i tak właśnie to czuję
co jest powodem niechęci do podjęcia terapii przez Twojego męża?
czy miłość do Ciebie mogłaby go zachęcić?
przepraszam, ale jakoś nie rozumiem Waszych relacji...
i bardzo współczuję Ci trudnego położenia
#8
Napisano 15 grudzień 2011 - 10:55
Molenka,trudno tu szukać i pytanie po co, logicznych powodów, bo raczej ich u Niego nie znajdziemy na nasz tzw. "zdrowy rozum". Po prostu "nie bo nie" i koniec.
Arachne, piszesz bierze leki, jak długo, czy jest poprawa ( min. 3-5 tygodni ) ? Leki niczego nie wyleczą, jak się potocznie sądzi zostając przy nich przez lata,ale mają dać KOPA, siły witalne, nadzieję, "radość", różowe okulary, które dadzą światełko w tunelu, dobry początek i chęci do dalszej pracy, są tylko po to aby chcieć się chciało. To jak promyk słońca w ciemną noc.
Jeśli obecne leki nie pomagają... Warto to omówić z lekarzem. Dobór tego typu leków przypomina rzuty kostką. Od ilości rzutów i częstości (min. 3-5 tygodni zależnie od leku ) tylko zależy jak szybko wyrzucimy szóstkę
Jak wyglądają te regularne wizyty u psychiatry ? Jak ocenia je Twój mąż. Pytam, bo jeśli w jego przekonaniu nic nowego nie wnoszą, to może pogłębiać się u niego wrażenie beznadziejności i jeszcze większa chęć ucieczki. Tu też zalecałbym rzuty kostką ale bardziej rozważne. Każda nieudana próba może coraz bardziej znaczyć (tzw.imprint) beznadziejności.
Piszesz, nie chce iść do psychoterapeuty. Wcale się nie dziwię. Facet, który był traktowany przez Ciebie i sam siebie jak Mentor, teraz ma iść sam do PSYCHO... NO Way !
Trochę tutaj sam został złapany w swoją własną pułapkę, tym bardziej teraz mu trudniej jest się do tego przyznać, że sam potrzebuje pomocy. Przyjęcie pomocy to jak osobista porażka, możliwości poradzenia sobie z problemem
Wiesz co się robi z niedobrym syropem na kaszel dla dzieci ? Pakuje się go w Misie i daje smak truskawkowy. Efekt taki sam, a jak przyjemnie
Poszukaj czegoś co nie ma w nazwie PSYCHO..., czegoś co nie polega na udzielani tzw. "dobrych rad", bo Mentor je odrzuci natychmiast. Szukaj czegoś co działa trak samo. Będzie bardziej strawne, a jak zobaczy pierwsze efekty sam ruszy do przodu/. To działa. Bądź przy nim nawet gdy będzie Cię odrzucał, nie daj się zbyć najgorszym nawet słowem.
Tak czy inaczej niestety Ty nie jesteś Twoim mężem. Nie od Ciebie zależy co on zrobi. Teraz bardziej niż kiedykolwiek potrzebuje motywacji aby zrobić pierwszy krok.
Czasem zamiast opieki i ciepłych słówek motywacyjnie działa twarde postawienie sprawy, niejako przyparcie do muru, jeśli wcześniej w innych sytuacjach zauważyłaś, że motywuje go przymus.
Chcesz mu na prawdę pomóc ? Pomóż sobie, szukaj dla siebie mądrej pomocy. To już od Ciebie zależy co Ty z tym zrobisz. Topielec może wciągnąć ratownika, jeśli ten sam nie jest silny i słabo pływa. Pamiętaj o tym. Żyjemy w gęstej nici powiązań. Nasze, często nieświadome, działania generują zachowania innych. Chcesz kogoś zmienić - zmień się najpierw sama.
www.celsukces.blogspot.com
#9
Napisano 18 grudzień 2011 - 21:22
Użytkownik Sukces dnia 15 grudzień 2011 - 10:55 napisał
Chcesz mu na prawdę pomóc ? Pomóż sobie, szukaj dla siebie mądrej pomocy. To już od Ciebie zależy co Ty z tym zrobisz. Topielec może wciągnąć ratownika, jeśli ten sam nie jest silny i słabo pływa. Pamiętaj o tym. Żyjemy w gęstej nici powiązań. Nasze, często nieświadome, działania generują zachowania innych. Chcesz kogoś zmienić - zmień się najpierw sama.
Powiem Ci tak - przemyslalam to co mi tutaj napisales bardzo dokladnie. To niezwykle wazne - to polowa sukcesu w jakiejkolwiek walce z depresja, zeby byc silnym. A my kobiety to tak mamy, ze chyba instymnktownie lubimy byc slabe i tu lezy klopot. No nic, biore to zycie za bary i dzialam. Pozytywnie i do przodu!
Dzieki Sukces za otworzenie oczu! Pozdrawiam!!!
#0 Bot Reklamowy
#10
Napisano 28 grudzień 2011 - 23:37
www.celsukces.blogspot.com

Pomoc










