W tym poście, chciałbym przedstawić problem związany z dysforią, czyli niemożnością pokonania trudności w Naszej codzienności. Ile człowiek musi się borykać na każdym kroku ze zwykłymi problemami mając silną nerwicę.Ja na przykład mam tak, że nie potrafię sprostać codziennym problemom, wyolbrzymiam je i stają się one nie do zniesienia, bo ciągle myślę o tym jak to będzie jutro, albo za tydzień. Ciągła walka i dążenie do nie wiadomo czego prowadzą do jeszcze silniejszego stresu a w konsekwencji do nerwicy natrętw.
Ja to widzę tak, że natręctwa wypływają z głęboko zakorzenionego problemu życiowego, który Nas tak bardzo przeraża, że w końcu wydaje Nam się to niemożliwe do zniesienia, dochodzi do tego drżenie całego ciała i niepokój ruchowy, ciśnienie rośnie, pojawiają się trudności z oddychaniem i czujemy się tak, jakbyśmy mieli zaraz wybuchnąć. Ja przynajmniej tak mam.
Jednak wypływa to moim zdaniem z tego, że kiedy jest euforia to mamy nastrój taki jakbyśmy w ogóle nie byli chorzy, czujemy się świetnie, nie mamy żadnego problemu. Ale jest to zupełnie pozorny objaw psychiczny, bo tak naprawdę to jest to jedna wielka niestabilność.
Czasami mam właśnie tak że poświęcona temu postowi dysforia jest punktem zapalnym do powstania obsesji a dalej to już jest jedna wielka ciągłość, która nie ma końca. Czy macie podobnie jak ja?
Chciałbym poznać Wasze zdanie na ten temat.

Pomoc







