Cześć.
W ostatniej klasie liceum zaliczyłam sobie ostrzejszą depresyjkę (uświadomiłam sobie, że to była deprecha niedawno, kiedy dopadła mnie kolejna...), która przeszła na początku studiów (trudno uwierzyć, ale wzięłam się w garść - nie wiem jak to zrobiłam do teraz... - i wyszłam z tego sama, bez pomocy leków i lekarzy).
Zaczęło się od nowa dobre 2 lata temu. Tylko, że teraz jest gorzej, bo wpadłam na genialny pomysł, żeby poprawiać sobie nastrój alkoholem. Na początku działało jak cholera - piwo lub dwa i po smutku, ale po pewnym czasie zaczęło się kończyć totalnym "odkorowaniem" - awantury i gorzkie słowa, których na drugi dzień nie pamiętałam. Pomogła rozmowa z, teraz już, mężem. Ostatnia taka "akcja" miała miejsce o tej samej porze zeszłego roku.
Niestety, zdaje się, że za długo ta "terapia" trwała i chyba otworzyłam sobie nowe szlaki w mózgu - kiedy tylko poczuję, że mnie dopada i dzisiaj już mi się nie uda przeuśmiechać, przeudawać dnia łapie za cokolwiek, co ma promile i "odkorowywanie" do oporu. Resztki hamulców puszczają zupełnie, siedzę i się ślimtam. Ryczę nad wszystkim, głównie nad sobą, ale nie odpuszczam też chorym dzieciom, niesprawiedliwości ogólnie pojętej, temu, że można by tylko po co... Na drugi dzień kac i fizyczny, i moralny. Ostatnio w pijackim uniesieniu wyplułam z siebie przy mężu, że pochlastam sobie żyły. A ten mój kochany później się przyznał, że bał sie iść do pracy następnego dnia, nie wiedział czy może mnie zostawić samą w domu...
Kiedy czuję się dobrze potrafię poprawnie "używać" alkohol - wiem, kiedy mam dosyć (zawsze miałam mocną głowę, ale oczywiście teraz po "treningu" potrafię wlać w siebie jeszcze więcej), odmawiam, kiedy zwyczajnie nie mam ochoty. Aż pojawia się "czynnik stresogenny" i wtedy leżę i kwiczę...
Długo by pisać, nie chcę Was zanudzić na śmierć, chciałam tylko zapytać czy komuś z Was coś takiego się zdarza/zdarzało? Moje "niebezpieczne picie" zaczęło się od depresji, ale kiedy sięgam po coś wspomagającego ze strachu, np. kiedy mam rozmowę kwalifikacyjną, egzamin etc. zaczynam się zastanawiać jak mocno to "odpracuję" następnego dnia (nasileniem strachu, rozpaczy, myśli, jak to ja już jestem kompletnie beznadziejna) i kiedy w końcu wpadnę w prawdziwy alkoholizm.
Może, jeżeli ktoś mi odpowie oczywiście, uda mi się sobie troche chociaż pomóc. Szkodzę sobie - to wiem, ale nie chcę też dłużej ranić mojego męża, ten wzrok "zbitego psa", kiedy znowu "coś" się ze mną dzieje, a on ne wie jak mi pomóc...
Strona 1 z 1
alkohol na depresje...?
#2
Napisano 12 listopad 2008 - 18:29
witaj,
w czasie mojego "alkoholowego" okresu w życiu mialam to samo...takie same stany rozpaczy nad wszystkim.
Taki stan musiałam zaliczać raz w tygodniu ...wtedy myślałam że po prostu na mnie padło że taka ze mnie pijanica i tak już będzie do końca życia...
od dwóch lat napiłam sie może ze trzy razy ( ostatnio przy kompie likierek
)
nie myślę o alkoholu tak mi go obrzydził obecny facet ,gdy mialam okazję zobaczyć jak nisko można upaść gdy przekroczy się wszelkie granice...
ale też wpływ miał seans bioenergoterapeutki ,bo nagle zaczęłam czuć niechęć do alkoholu...
Myślę że moje picie też było powodem lekkich stanów depresyjnych tylko ja o tym nie miałam zielonego pojęcia....
w czasie mojego "alkoholowego" okresu w życiu mialam to samo...takie same stany rozpaczy nad wszystkim.
Taki stan musiałam zaliczać raz w tygodniu ...wtedy myślałam że po prostu na mnie padło że taka ze mnie pijanica i tak już będzie do końca życia...
od dwóch lat napiłam sie może ze trzy razy ( ostatnio przy kompie likierek
nie myślę o alkoholu tak mi go obrzydził obecny facet ,gdy mialam okazję zobaczyć jak nisko można upaść gdy przekroczy się wszelkie granice...
ale też wpływ miał seans bioenergoterapeutki ,bo nagle zaczęłam czuć niechęć do alkoholu...
Myślę że moje picie też było powodem lekkich stanów depresyjnych tylko ja o tym nie miałam zielonego pojęcia....
...przecież nie samotność jest przeznaczeniem człowieka...
#3
Napisano 12 listopad 2008 - 19:18
Gosiusamosiu, bardzo Ci dziękuję za odpowiedź. Mimo tego, że zdaję sobie sprawę, że to świństwo, gdy nie leczone specjalistycznie, wraca jak bumerang to jednak spróbuję ugryźć to jeszcze raz sama.
Kurczę, powinnam teraz zrobić parę rzeczy w domu i już czuję jak mnie dopadają macki... Paraliż całkowity. A za parę chwil wyrzuty sumienia... Ech... Postaram się nie "podleczyć" i jakoś to przewalczyć.
Jeszcze raz serdeczne dzięki!
Kurczę, powinnam teraz zrobić parę rzeczy w domu i już czuję jak mnie dopadają macki... Paraliż całkowity. A za parę chwil wyrzuty sumienia... Ech... Postaram się nie "podleczyć" i jakoś to przewalczyć.
Jeszcze raz serdeczne dzięki!
#0 Bot Reklamowy
#4
Napisano 12 listopad 2008 - 19:23
trzymaj się ,życzę CI by się udało
...przecież nie samotność jest przeznaczeniem człowieka...
#5
Napisano 12 listopad 2008 - 21:20
jakiś czas temu alko to był jedyny sposób żebym mogła zasnąć. też piłam i wyłam bo nie musiałam sobie wyrzucac słabości. składałam to na karb promili.
czasami miewałam ochotę na restart. i kiedy jest mi tak bardzo, bardzo źle marzę o tym, żeby się upodlić. żeby mieć tego cholernego kaca. bo to zawsze jakiś ból fizyczny. a nie jakiś ból istnienia. superdziwny twór, który mojemu analitycznemu umysłowi zawsze wydawał się strasznie zabawny.
marzę o tym. ale na zjazd już sobie nie pozwalam. kiedyś wypiłam kilka piw przy lekach antydepresyjnych. najgorszemu wrogowi nie życzę. myślałam, że głowa mi pęknie od wody płynącej w rurach. bałam się własnych dłoni. wytrzeźwiałam kiedy stałam już na parapecie okiennym. chciałam, żeby ustał hałas w mojej głowie..
czasami miewałam ochotę na restart. i kiedy jest mi tak bardzo, bardzo źle marzę o tym, żeby się upodlić. żeby mieć tego cholernego kaca. bo to zawsze jakiś ból fizyczny. a nie jakiś ból istnienia. superdziwny twór, który mojemu analitycznemu umysłowi zawsze wydawał się strasznie zabawny.
marzę o tym. ale na zjazd już sobie nie pozwalam. kiedyś wypiłam kilka piw przy lekach antydepresyjnych. najgorszemu wrogowi nie życzę. myślałam, że głowa mi pęknie od wody płynącej w rurach. bałam się własnych dłoni. wytrzeźwiałam kiedy stałam już na parapecie okiennym. chciałam, żeby ustał hałas w mojej głowie..
nie płacz. tam gdzie my, ludzie i muchy też są.
#6
Napisano 12 listopad 2008 - 22:28
tez mam za soba takie stany. ostatni w grudniu rok temu i mam nadzieje ze ostatni. pojechalam do znajomych i potem bylo mi strasznie glupio ze musieli mnie do lozka przenosic. nie mowie ze nie pije- nawet czesto pije, ale jedno, gora dwa piwa. nic mi po nich nie jest ale wiecej wole nie probowac. mamajana zgadzam sie z Toba ze gdy jest sie w dole to picie powoduje natezenie emocji. mimo tego czasami musze wypic. wtedy jest tylko gorzej. psotko wiem ze z tego da sie wyjsc, idz do specjalisty on napewno pomoze
#0 Bot Reklamowy
#7
Napisano 12 listopad 2008 - 23:04
Dzięki dziewczyny za komentarze. Poczytałam sporo opowieści na forum i , cholera jasna, utwierdziłam się w tym, że potrafię iść jak czołg. Przyzwyczajam do tego swoje otoczenie, a że mam pierd...y problem z mówieniem (wykrzyczeć potrafię, a jakże...) o emocjach to potem się dziwię, że ktoś nie może zrozumieć, że ja już dalej nie idę, że następny dzień oznacza strach przed kolejnym...
Mój mąż powinien zostać ogłoszony świętym. Boję się, że dłużej tego nie zniesie. Ostatnią rzeczą jakiej bym chciała to to, żeby dopadło go to, co mnie. Ta obawa też mi nie pomaga, wręcz przeciwnie - staram się robić wszystko "poprawnie", a wtedy napięcie urasta do niesamowitych rozmiarów i kończy się butelczyną... I mamy paragraf 22.
Mam 31 lat, najwyższa pora na jakąś decyzję o powiększeniu rodziny, o podjęciu nowej pracy, kupnie większego mieszkania, a ja nie jestem w stanie czasami odkurzyć mieszkania, nie mówiąc o wyjściu na zakupy i "zmierzeniu się" z obecnością ludzi.
Ale jedna rzecz pozytywna - czytam Was i zaczyna mnie ogarniać furia. Furia, bo tak nie wolno, nie zgadzam się na to, że właśnie mi to świństwo wydarło 2 lata z życiorysu! A u mnie to dobry objaw - znaczy, że za chwilę szlag nagły mnie trafi na to moje biadolenie i pozbieram jeszcze raz swoje strzępki w całość.
Jest mi baaarrrrdzo miło, że się odezwałyście. Zastrzyk optymizmu
Dziękuję.
Mój mąż powinien zostać ogłoszony świętym. Boję się, że dłużej tego nie zniesie. Ostatnią rzeczą jakiej bym chciała to to, żeby dopadło go to, co mnie. Ta obawa też mi nie pomaga, wręcz przeciwnie - staram się robić wszystko "poprawnie", a wtedy napięcie urasta do niesamowitych rozmiarów i kończy się butelczyną... I mamy paragraf 22.
Mam 31 lat, najwyższa pora na jakąś decyzję o powiększeniu rodziny, o podjęciu nowej pracy, kupnie większego mieszkania, a ja nie jestem w stanie czasami odkurzyć mieszkania, nie mówiąc o wyjściu na zakupy i "zmierzeniu się" z obecnością ludzi.
Ale jedna rzecz pozytywna - czytam Was i zaczyna mnie ogarniać furia. Furia, bo tak nie wolno, nie zgadzam się na to, że właśnie mi to świństwo wydarło 2 lata z życiorysu! A u mnie to dobry objaw - znaczy, że za chwilę szlag nagły mnie trafi na to moje biadolenie i pozbieram jeszcze raz swoje strzępki w całość.
Jest mi baaarrrrdzo miło, że się odezwałyście. Zastrzyk optymizmu
Udostępnij ten temat:
Strona 1 z 1

Pomoc







