smutek....
#1
Napisano 24 październik 2008 - 17:33
Siedze sobie w biurze, jest piatek, a ja znowu nie moge wyjsc. Probuje juz od ponad godziny, ale nie daje rady sie ruszyc. Wszystko zaczelo sie dzisiaj od prau telefonow tu romowa z matka, ktorej nie chcialm prowadzic, tam dyskusja nad wyjazdem, na ktory nie do konaca chce jechac. Ale tak na prawde mam wrazenie, ze caly moj nastroj sprowadza sie do dnia wczorajszego, gdzie Pani psycholog stwierdzila, ze jak na razie widzi dwa glowne watki do rozpatrywania w moim przypadku, czyli moje poczucie samotnosci i moj brak spontanicznosci dziecka w dziecinstwie. Jednoczesnie poznym wieczorem przez czysty przypadek dowiedzialam sie, ze moi znajomi sie pobrali. Bardzo mnie to przybilo, chociaz zycze im jak najlepiej, bo zawsze ich lubilam. Ale wciaz wracala natretna mysl, ze oni sa mlodsi ode mnie a znalezli sibie, a u mnie nawet sie nie zanosi zebym umowila sie chociaz na randke, nie mowiac juz o slubie. Jest to mysl, ktora juz od dluzszgo czasu mnie przesladuje i sprawia, ze nie moge podnisc sie ze smutku. Cale zycie czekalam, ze ktos mnie pokocha, bedzie pragna mnie i mojego towazystwa. Ale wciaz nic takiego sie nie dzialo. Nie poddawalam sie jednak i zawsze sobie mowilam to kiedys sie zmieni, jak wrocisz do Polski, jak pojdziesz na studia, jak bedziesz na starszym roku, jak pojdziesz do pracym, jak zmienisz prace, jak pojdziesz na zajecia... A moze jak jak schudniesz, jak nie bedziesz tyle gadala, jak bedziesz bardziej wysportowana, ladniej sie ubierala, a moze masz wredny charakter itd.... Ale wciaz nic sie nie zmienialo, az poznalam jego. Lecz jedyne co mi ten zwiazek przyniosl to swiadomosc tego co przez tyle lata tracilam i pojecie o tym czego on tez mi nie dawal. Ostatecznie jestem w tym punkcie, gdzie juz nie wiem co dalej i czy w ogole warto. Nie mam juz sily wmawiac sobie, ze sie cos zmieni. Wciaz czekac na odrobibe uczucia od kogos. Chcialabym miec sie do kogo przytulic, sie do kogo wyrzalic, moc z kims planowac wyjazdy na wakacje, a przede wszystkim planowac przyszlosc. I czytajac wasze posty wiem, ze czesc z was ma prawo powiedziec popatrz w jakim jestem punkcie, przeciez cierpie bo z kims bylam a on mnie oposcil. Tak i rozumiem to, ale jestem jak czlowiek, ktory nie mial matki czy ojca i chialby ich miec nie zaleznie od tego jacy by zli nie byli. Bo chcialabym chociaz raz uslyszec, ze jestem kochana nawet jesli pozniej mialo by sie to okazac klamstewem, albo sie zmienic. Nie chce wciaz patrzec w lustro i widziec potrwora, ktorego nikt nie chce. Swiadomosc tego, ze ktos mi jest potrzebny osiagnelam bardzo wczesnie i tym bardziej boli, ze wciaz nikogo obok mnie nie ma. Nie moge juz patrzec na pary, nie moge patrzec na dzieci, teraz juz nawet nie bede mogla widziec z tymi na ktorych mi zalezy bo zalozyli rodziny. Bol jest zbyt duzy a ja stracilam nadzieje. Nie chce patrzec jak beda mijaly kolejne lata i wolno tracila szanse na zmiane tego stanu. I tak wlasciwie nie wiem po co wybralam sie na leczenie, skoro i tak nawet jak zwalcze chorobe, to bedzie nastepna. Bo to co by sprawilo, ze poczulabym sie szczesliwa nie nastepuje, a nie potrafie juz dalej sie oszukiwac, ze to tylko kwestia czasu. Moj czas juz mina, a ja mam dosc odwiecznego bolu, ktory mi towarzyszy w ten czy inny sposob przez cale zycie. Nie chce juz czuc sie rozczarowana, zdradzona i smutna z powodu czyjegos postepowania. Z powodu osob ktorym zaufalam.... Jestem tak bardzo zagubiona i nie wiem co dalej... nie widze przyszlosci....boje sie tego co moze nadejsc bo zwykle to nie bylo nic dobrego....
Przepraszam kochani za moje wywody, macie wlasne smutki i problemy, ale jak pisze to czasem jest mi troche lepiej....
#2
Napisano 24 październik 2008 - 18:01
To banalne wszystko co napisałam, ale taka jest prawda. Ja najpierw nauczyłam się byc sztucznie pewna siebie, aż weszło mi to w krew, ludzie zaczęli mnie inaczej postrzegać i teraz mam wieeelu znajomych i jestem lubiana. Ale gdybym dalej stała z boku tej piaskownicy życia, w życiu by mnie to życie do siebie nie zaprosiło.
Podobnie miałam z wyglądem. Przez lata chodziłam do pracy w ciuchach takich, byle nie trzeba prasować. Aż nagle, z dnia na dzień postanowiłam to zmienić. Najpierw ludzie myśleli, że moze mam jakieś rozmowy o pracę czy randki tajemnicze:) a potem...przywykli do mnie właśnie takiej. A nawet zaczęli pytać o rady w kwestiach ubioru.
Wiem, ciuchy to może płytki temat, ale tu chodzi o pokazanie, jak zmiana siebie w swoich własnych oczach wpłynęła na sposób myslenia ludzi wkoło mnie o MNIE.
#3
Napisano 24 październik 2008 - 18:11
#0 Bot Reklamowy
#4
Napisano 24 październik 2008 - 18:35
Potem bylam znowu rozgoryczona i bardzo samotna. Wpadałam coraz bardziej w poczucie,że nikomy nie jestem potrzebna,a głownie nieakceptowana.
Potem w wieku 27 lat napisał do mnie facet na randkach na tlenie i jakoś się to potorzyło,a wcześniej bym nie uwierzyła,że ktoś może być tak podobny w poglądach,gustach i ogółem zainteresowaniach.
Planów nie mamy,bo tak jakoś. Po ponad 3 latach to taki ustabilizowany związek,nie mieszkamy już ze sobą,nadal widujemy. Po prostu mam poczucie,że mam z kim spędzać czas i pogadać. Mnie to chyba wystarcza.
Ale kiedyś nie wierzyłam w cokolwiek. Zero. Nic.
Może warto poszukać kogoś w internecie itp. Dla mnie to była ostatnia deska ratunku.
Nie martw się.
I nikogu tu nie zasmucasz,ani nie obarczas swoimi problemami
#5
Napisano 24 październik 2008 - 18:48
Dam taki zastanawiajacy przyklad, w pracy mamy na dole stolowke do ktorej czesto chodzilam na obiady z kolegami z pracy. Jako jedyna na calej stolowce jestem ubrana w intensywnie czerwony sweter, pozatym bedac wysoka osoba raczej wystaje ponad ludzi, a i tak prawie zawsze tak bylo ze jak ja pierwsza siadalam do stolika to reszta mnie nie potrafila znalezc. Tak jakbym chwilowo stawala sie niewidoczna, czesto musialam machac by w koncu mnie zauwazyli.
#6
Napisano 24 październik 2008 - 19:32
Tworzenie psychologicznej otoczki wokół sytuacji i siebie samego jest zawsze niepotrzebnym cięzarem, który czesto utrudnia miedzyludzkie relacje.
Chłopaki tak naprawde moze krepują sie z Toba umówic- boją się kosza od atrakcyjnej dziewczyny- zwłaszcza, ze sprawiasz wrażenie pewnej siebie , dajesz sygnał- " ona przeciez musi kogoś miec"
Sama zacznij flirtowac i bawic sie cała sytuacją- a wówczas wszystko zacznie się z soba harmonizowac, a Ty bedziesz blizej osiągnięcia celu niż kiedykolwiek wcześniej
#7
Napisano 24 październik 2008 - 20:14
#8
Napisano 24 październik 2008 - 20:30
Sama kogoś poderwij, kobiety ostatnio coraz częsciej przejmuja inicjatywę - właściwie rola męzczyzn jako zdobywców przechodzi powoli do lamusa.
Ni myśl- tylko działaj:)
#9
Napisano 24 październik 2008 - 20:37
#10
Napisano 24 październik 2008 - 20:56
Poczucie wartości - potrzebny jest Ci ten mentalno-abstrakcyjny "stwór" ? ja już sie z nim dawno pożegnałem i obecnie nie mam zadnego poczucia własnej wartości. Kiedy zacznę pisac bajki to może sobie je znowu wykreuję- ale tylko na potrzeby literatury
#11
Napisano 24 październik 2008 - 21:23
#12
Napisano 24 październik 2008 - 21:34
Wymyślanie stworków nie jest jeszcze problematyczne- jednak utożsamiania sie z każda myślą już tak. Stosuj tutaj metodę obserwacji i rozpuszczania myśli, a stworki nie majac wówczas źródła zasilania rozpłyna się- i to bez żadnych negatywnych efektów ubocznych.
Nie oceniaj się, tylko działaj. Nie szukaj jednak spełnienia albo szczęścia poprzez związek - potraktuj go raczej jako częśc wspaniałej podróży, której odbycie umozliwia Ci własna świadomośc poza myślami.
Lubię nie miec racji , albo tez czegoś nie wiedziec- to naprawdę wyzwalajace uczucie
#13
Napisano 24 październik 2008 - 22:35
#14
Napisano 24 październik 2008 - 22:37
goldbunny napisał:
Jeżeli do jutra zapomnisz o wszystkim co Ci właśnie napisałem, to bedzie to znaczyc, ze to zrozumiałaś
#15
Napisano 25 październik 2008 - 14:46
Potem była jeszcze taka sytuacja, że jechałam do sądu po wpis do księgi wieczystej. Wiadomo, tam są kilometrowe kolejki. I pomyslalam wtedy tak: no ale przeciez ktos MUSI byc pierwszy, czemu nie ja? I...byłam:)
#16
Napisano 25 październik 2008 - 14:46
nawet koleżance tak męża znalazłam, haha;]
#17
Napisano 25 październik 2008 - 17:45
stefanka napisał:
nawet koleżance tak męża znalazłam, haha;]
Haha,to widzę że net nam pomógł znaleźć chłopów
#18
Napisano 25 październik 2008 - 18:38
acz w końcu trafił się TEN, acz była to trochę metoda prób i błędów;]
#19
Napisano 26 październik 2008 - 17:33
#0 Bot Reklamowy
#20
Napisano 27 październik 2008 - 02:32

Pomoc









